Edukacja Kampania - Otyłość to choroba.Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz.

„Bądźcie bardziej tolerancyjni i nie oceniajcie nas po wyglądzie” – apeluje 41-letni pan Łukasz, chory na otyłość.

Historia Pana Łukasza, powstała w ramach kampanii społecznej pt: „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”, organizowanej przez FLO – Fundację na rzecz Leczenia Otyłości.
„Bądźcie bardziej tolerancyjni i nie oceniajcie nas po wyglądzie” – apeluje 41-letni pan Łukasz, chory na otyłość.

Łukasz mieszka w Warszawie. Ma 41 lat, a od ponad trzech lat jest już na rencie z powodu otyłości i jej powikłań – nadciśnienia, cukrzycy, bezdechu sennego, zapalenia stawów, problemów z poruszaniem się. Dzięki diecie ketogenicznej i analogowi GLP-1 jego waga obniżyła się już z 255 do 232 kilogramów, ale to ciągle za mało, żeby mógł zostać zakwalifikowany do operacji bariatrycznej. W opinii lekarzy musi pozbyć się jeszcze ponad 30 kilogramów. Od kilku tygodni czeka z niecierpliwością na wyznaczenie terminu zabiegu umieszczenia w jego żołądku balonu, który pomoże mu szybciej zmniejszyć masę ciała. 

– Jak tylko moja waga spadnie do docelowej, czyli nieprzekraczającej 200 kilogramów, balon zostanie wyjęty z mojego żołądka, a tydzień lub dwa po jego wyjęciu będę miał operację – mówi pan Łukasz.

Od szkolnej nadwagi do otyłości olbrzymiej

Już w szkole podstawowej miał nadwagę, ale nie wpływała ona znacząco na jego aktywność fizyczną. – Męczyłem się przy bieganiu, ale nie byłem zwolniony z lekcji w-f. Nauczyciele wręcz zachęcali mnie do ćwiczeń. Ćwiczyłem i ruszałem się jak każdy dzieciak, choć rzeczywiście byłem trochę wolniejszy i mniej sprawny od rówieśników. W zawodach sportowych nie brałem udziału, ale grałem na boisku w piłkę nożną czy koszykówkę, czasami nawet od rana do wieczora. Kiedy miałem 6 lat, wszedłem samodzielnie na Giewont. Z rodzicami co roku wyjeżdżaliśmy na wakacje do Zakopanego i chodziłem po górach bez większego wysiłku. Byłem też na obozie harcerskim – wspomina pan Łukasz. 

Czy czuł się wtedy gorszy od innych albo dyskryminowany? Absolutnie nie! Nauczyciele i koledzy w szkole traktowali go normalnie. – Mieszkaliśmy wszyscy na tym samym osiedlu, chodziliśmy do tej samej klasy i stanowiliśmy zgraną paczkę – mówi pan Łukasz.

Ze strony rodziny też nigdy nie usłyszał złego słowa, zwłaszcza że jego mama, starszy od niego o trzy lata brat i wujek również od lat mierzą się z otyłością, a matka chrzestna mieszkająca od wielu lat w Szwecji przeszła już operację bariatryczną. Pamięta, że jeszcze w podstawówce próbował pozbyć się nadmiaru kilogramów, stosując różne diety. Chodził nawet z mamą do dietetyka. Nie udało mu się jednak schudnąć. 

Wiele razy słyszał, że przyczyną jego nadwagi jest to, że za mało się rusza i za dużo je. Mówiono mu również, że to pewnie przez problemy z tarczycą albo z powodu jakiejś choroby genetycznej. Nikt nigdy nawet nie wspomniał o chorobie otyłościowej. 

To, że jest chory na otyłość, uświadomił sobie dopiero, kiedy był już dorosły i nie mógł zapanować nad zwiększającą się ciągle masą ciała. Osiem czy dziewięć lat temu po raz pierwszy pomyślał o niechirurgicznej metodzie jej leczenia za pomocą balonu, który umieszcza się w żołądku. Dowiedział się o niej od znajomej rodziny, która dwukrotnie została poddana takiemu zabiegowi. W rozmowie z panem Łukaszem wspomniała również o swoim lekarzu chirurgu ze Szpitala Czerniakowskiego w Warszawie, którego mu poleciła. Kiedy do niego trafił po raz pierwszy, lekarz zrobił na nim ogromne wrażenie. – Ani wcześniej, ani później nie spotkałem w swoim życiu lekarza z takim podejściem do pacjenta – mówi Łukasz.

Ma do siebie ogromny żal, że ważąc znacznie mniej niż teraz, nie zdecydował się wówczas na zabieg. Jak sam podkreśla, stchórzył i nie zgłosił się na kolejną wizytę w celu ustalenia terminu przyjęcia do szpitala. Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby miał przy sobie kogoś, kto by go do tego zmotywował? Tymczasem on był sam, na dodatek po rozwodzie, który był dla niego źródłem ogromnego stresu.

Pandemia i siedząca praca

Najgorzej wspomina okres pandemii COVID-19, która „zamknęła” ludzi w domach. To przez nią i przez pracę przy komputerze doszło u niego do niekontrolowanego wzrostu masy ciała. Pracując jako telefoniczny doradca klienta, pan Łukasz spędzał całe dnie w pozycji siedzącej, bez jakiegokolwiek ruchu. Jakie to miało konsekwencje dla jego zdrowia?

– Któregoś dnia zrobiło mi się słabo i zemdlałem. Wyszedłem wtedy wcześniej z pracy, bo kręciło mi się w głowie. Od tego momentu zaczęły się moje problemy zdrowotne i wizyty na szpitalnych oddziałach ratunkowych – wspomina pan Łukasz.

Omdlenia, utraty przytomności i silne bóle głowy powtarzały się nawet dwa, trzy razy w tygodniu. Nie był już w stanie pracować. Z czasem pojawiły się jeszcze problemy z kolanem i nogami, co jeszcze bardziej ograniczyło mu możliwość swobodnego poruszania się. Kiedy rok temu wszedł na wagę w szpitalu i okazało się, że waży już 255 kilogramów, przeżył szok. Nie mógł uwierzyć, że waży aż tyle, był przekonany, że o 15-20 kilogramów mniej. To go zupełnie załamało, ale też zrozumiał, że musi wreszcie coś z tym zrobić. 

W tym postanowieniu wspiera go narzeczona, bez której – jak sam twierdzi – nie miałby dość sił i samozaparcia. – Są takie dni, kiedy mam już wszystkiego dosyć. Czuję się zupełnie bezsilny. Na szczęście mam psa, golden retrievera, który działa na mnie jak antydepresant, kiedy jestem sam w domu. Gdyby nie on i moja narzeczona, która jest pielęgniarką, pewnie bym już zwariował Bez mojej narzeczonej na pewno nie zrzuciłbym przez ostatni rok tylu kilogramów – mówi pan Łukasz.

Długa lista zakazów

Od trzech lat pan Łukasz praktycznie nie wychodzi już z domu. Kiedy wyprowadza psa, czeka na niego przed klatką schodową. Spacery są ponad jego siły. Chętnie poszedłby na basen, ale nie chce wzbudzać sensacji ani czuć na sobie oceniającego wzroku innych ludzi. Samolotem podróżował ostatni raz ponad pięć lat temu – na siedzeniu się zmieścił, ale musiał prosić stewardessę o przedłużkę do pasów, bo nie mógł się zapiąć. Kiedy zaczął się spotykać z narzeczoną, na początku chodzili od czasu do czasu razem do teatru. Jednak kiedy jego problemy związane z wagą zaczęły się nasilać i coraz trudniej mu było chodzić, musieli zrezygnować z odwiedzania takich miejsc. Poza tym pan Łukasz boi się, że nie zmieści się w fotelu. 

Najbardziej mu żal tego, że nie może już chodzić na stadion Legii Warszawa i jak dawniej kibicować swoim piłkarzom. – Nie dam rady wejść po schodach ani stać, to dla mnie zbyt uciążliwe. I bardzo bolesne, bo uwielbiałem tam chodzić – mówi ze smutkiem.

Z higieną osobistą od czasu, kiedy udało mu się zrzucić ponad 20 kilogramów, nie ma już problemów. Samodzielnie korzysta z prysznica, co uważa za duży sukces. I nie czuje się już skrępowany przed narzeczoną, choć początkowo miał opory nawet przed zdjęciem przed nią koszulki. Ubrania i bieliznę od dawna zamawia tylko przez internet, zawsze w największych dostępnych rozmiarach. – Ostatnio zamówiłem spodnie i okazało się, że są na mnie za duże – śmieje się.

Tego nie mów nigdy choremu na otyłość!

Na pytanie, czy usłyszał kiedyś od innych osób coś, co było dla niego wyjątkowo przykre i bolesne, pan Łukasz przypomina sobie rehabilitanta, do którego zgłosił się z powodu problemów z barkiem. Był u niego tylko raz i przerwał rehabilitację, bo bardzo się zdenerwował, kiedy usłyszał, że powinien pomyśleć najpierw o zrzuceniu wagi. Na wagę zwrócił mu uwagę również kardiolog, od którego dowiedział się, że ma przerośnięte serce. Wielu innych lekarzy na jego widok wprawdzie nic nie mówiło, ale ich spojrzenia i gesty mówiły za nich. Zanim zdążył im wyjaśnić, po co do nich przyszedł, usłyszał, że musi schudnąć, że przydałoby mu się więcej ruchu, albo że powinien zmienić dietę. Żaden nie powiedział, że jest chory na otyłość i powinien się leczyć. – Nie jest to miłe, kiedy idzie się do lekarza z anginą czy z okiem i słyszy się coś takiego. Wiem, że jestem otyły, ale nie po to idę do lekarza, żebym musiał o tym słuchać – mówi pan Łukasz.

Pamięta również sytuację, która miała miejsce kilka lat temu na przystanku tramwajowym. Ktoś się do niego przyczepił i zaczął go obrażać, w czym wtórował mu kolega tego nieznajomego. Obaj zapowiedzieli mu, że nie wsiądzie z nimi do jednego tramwaju i cały czas mu ubliżali. Zabolało go, gdy został przez nich nazwany grubasem i kulą. Przysłuchiwało się temu wiele osób, ale nikt nie zareagował. – Nie życzę tego nikomu, zwłaszcza w miejscu publicznym – wspomina pan Łukasz, który ostatecznie nie wsiadł do tramwaju, na który czekał.

Do społeczeństwa i pracowników ochrony zdrowia, a zwłaszcza do lekarzy, pielęgniarek i rehabilitantów, apeluje przede wszystkim o większą tolerancję, zrozumienie i nieocenianie innych po wyglądzie. – To nieprawda, że obżeramy się, jemy słodycze i pijemy słodkie napoje. Nazywanie nas „puchatkami”, „grubasami”, „puszystymi”, „otyłymi” czy „żarłokami” sprawia nam ból i jest bardzo nieprzyjemne. Nie zawsze udaje nam się to puścić mimo uszu i zapomnieć – mówi pan Łukasz.

Innych chorych na otyłość zachęca, aby nie poddawali się w walce o swoje zdrowie, konsekwentnie dążyli do celu i nie bali się prosić o pomoc. Otyłość to ciężka choroba i należy ją leczyć, bo może być śmiertelna.

Rekomendowane artykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

szesnaście − 7 =