Chcesz zostać naszym Ambasadorem? Skontaktuj się z nami!
Napisz mail: ewa.godlewska[at]flo.org.pl lub wyślij do nas wiadomość przez social media FLO!
Filip – pacjent, Ambasador kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”.
Nazywam się Filip Mettler, mam 32 lata i nie będzie przesadą, jeśli powiem, że niemal 25 z tych 32 lat życia dotyczył mnie temat choroby otyłościowej. Z nadmiarem kilogramów zmagałem się właściwie od wczesnego dzieciństwa. O tzw. „skłonnościach do tycia” w mniej lub bardziej niewybredny sposób informowali mnie od zawsze członkowie rodziny, znajomi, koledzy i koleżanki z klasy, a także lekarze i nauczyciele wf. Sam zresztą też widziałem, że wyglądam inaczej niż mój młodszy o 2 lata brat, a później również młodsza o 6 lat siostra. Mimo że żyliśmy w tym samym domu, jedliśmy te same posiłki i – z czystą uczciwością – mieliśmy tyle samo ruchu, moje ciało od zawsze wyglądało inaczej.
Te „paskudne boczki”, przez które od podstawówki musiałem nienaturalnie wyciągać ze spodni białą koszulę na występy i apele, aby się na nich nie opinała; te szyte na miarę u krawca spodnie, który raczył mnie komentarzami o przesadnej „pulchności”; te powitania od wujków, cioć czy dziadków w stylu „dobrze sobie wyglądasz”; czy żarty z cyklu „gruby na bramkę” były moją codziennością. Nie analizowałem tego tematu z psychoterapeutą ani psychologiem, ale jestem przekonany, że musiały one mieć wpływ na to, kim jestem dziś i jak funkcjonuje mój mózg, mimo że powierzchownie zawsze broniłem się (i do dziś to robię) ogromnym dystansem do siebie oraz obśmiewaniem problemu.
W wieku 13 lat opuściłem dom rodzinny, rodzinne miasto – Jarocin – i wyprowadziłem się do szkoły z internatem w Poznaniu. Chciałem bowiem kontynuować naukę gry na skrzypcach w szkole muzycznej drugiego stopnia. W wieku nastoletnim mój problem pączkował, a ja razem z nim :). Nie było mowy oczywiście o zdrowej diecie ani o świadomości zdrowego odżywiania, (bursowskiej kuchni daleko było do gwiazdki Michelin) jednak razem z koleżankami, które tak jak ja w tym wieku przechodziły różne „wagowe perypetie”, co jakiś czas lądowaliśmy na kolejnej diecie-cud i odchudzaniu, które raz dawało, a raz nie dawało skutku. Odchudzanie, otyłość i „za wiele kochanego ciałka” zawsze były ze mną. Niestety jadłem za dużo. Wiem to teraz, ale kiedyś nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, dlaczego mam ochotę na kolejną dokładkę, kiedy inni mieli dość.
W wieku 18 lat, kiedy bardzo ważnym aspektem stał się wygląd, poczułem ogromną determinację do zmiany i przeszedłem na moją pierwszą „dietę-cud”, którą spisałem w pliku Word. Kiedy w cztery miesiące schudłem na niej 30 kg, stając się pierwszy raz w życiu szczupłym, radośnie rozsyłałem ten „przepis na fit ciało” innym. Dziś ciężko mi patrzeć na tę – jak ją wtedy nazwałem – „Dietę Mettlera”, bo nie była ona przepisem na zdrowie i fit sylwetkę, lecz jedynie na efekt jojo. Śniadanie złożone z pomidora i jednego chleba Wasa, nektarynka na drugie śniadanie, kalafior i ugotowane udko z kurczaka bez skóry na obiad, szklanka maślanki lub serek wiejski na podwieczorek oraz sałatka z kiszonego ogórka, pomidora i cebuli na kolację – to nie jest zbilansowana dieta dojrzewającego mężczyzny, a tak wyglądał jeden z trzech przykładowych dni na tej diecie. Żyłem tak przez niemal dziewięć miesięcy.
Później stopniowo wracałem do innego odżywiania, jednak pilnując wagi jak opętany. Pamiętam, że kiedy poszedłem na studia, najbardziej cieszyła mnie waga po całonocnej imprezie, kiedy odwodniony po alkoholu człowiek ważył o 0,5 kg mniej niż dzień wcześniej…
W 2013 roku, w wieku 19 lat, w moim życiu doszło do rewolucji. Wziąłem udział w popularnym talent show (X Factor), w którym powiodło mi się całkiem dobrze. Mimo, że wagowo to był zdecydowany „prime of my life” i tak jeden z jurorów pozwolił sobie nazwać mnie serdelkiem, dodając, że trochę grubo wyglądam, co wtedy obróciłem w żart, jednocześnie zadając sobie pytanie – w takim razie co jeszcze muszę zrobić, żeby wyglądać „normalnie”? Po programie zacząłem koncertować i podróżować – zmienił się całkowicie mój tryb życia, a wraz z nim dieta. Tyłem. Zacząłem przybierać szybciej niż zdążyłem zauważyć. Pierwszym symptomem zmian była uwaga od stylistki w programie, że nie mieszczę się już we wcześniej zadeklarowany rozmiar S koszul i muszę założyć wyszczuplającą bieliznę, bo innych dla mnie nie mają. Żeby obrócić to w żart, strzelałem nią radośnie spod koszuli, obśmiewając temat zanim ktoś inny to zrobi.
Przybywało mnie w zastraszającym tempie, aż w końcu usłyszałem uwagę, że moje koncerty nie mają prawa się sprzedawać, bo jestem za gruby. Nie zabolało mnie to wtedy (a przynajmniej tak mi się wydawało), bo teoretycznie „znałem swoją wartość”. Faktycznie jednak moja wokalna kariera przez ten – to chcę mocno podkreślić – i wiele innych powodów, zakończyła się po niemal dwóch latach. Wraz z nią zakończyła się też determinacja, aby wyglądać lepiej – nie była ona stała, lecz incydentalna, jak w nastoletnim wieku.
Lubię jeść i gotować. Podróże, święta, spotkania – wszystko jest dzięki jedzeniu, nomen omen, lepsze. Odpuściłem sobie wieczne pilnowanie i mimo kilkukrotnych incydentów siłowniano-dietetycznych, dzięki którym chudłem po 10, 20, 25 kilogramów, zawsze wracałem do wagi wyjściowej z 30% nawiązką.
Very long story short – w 2024 roku w samolocie pas musiał być już maksymalnie poszerzony, a o przedłużkę nie prosiłem jedynie ze wstydu (cały lot do Grecji na wciągniętym brzuchu w lowcostowej linii lotniczej to wymarzony początek wakacji :)). Szukanie spodni było katastrofą. Miałem swój ulubiony zestaw sieciówek, w których sporadycznie pojawiały się spodnie XXL, a koszulki oversize były idealnie długie, żeby zakrywać opadający coraz niżej brzuch. Zara była sklepem, do którego nawet nie wchodziłem. Wiecie – zaniżona rozmiarówka dla chuderlaków :). Ale hej! Przecież nadal kupuję w H&M, Bershce i innych sieciówkach „dla normalnych” – znaczy, jeszcze nie jest tak źle! Niestety – było.
Choroby współistniejące z otyłością zacząłem kolekcjonować niczym filatelista znaczki pocztowe (wymyśliłem to porównanie na Instagramową rolkę i wszędzie je teraz powtarzam :D). Moi rodzice zamartwiali się o mnie, kiedy co chwilę informowałem o kolejnej wizycie u lekarza, z kolejną dziwną dolegliwością: IBS, bezdech senny, dna moczanowa, insulinooporność, problemy z kręgosłupem, okropne rozstępy, ból stóp i wszystkie buty „zdeptane do środka”, a do tego depresja i nerwica lękowa. Idealny zestaw, aby bez pomocy lekarskiej już nigdy nie schudnąć.
Wtedy moja mama, bardzo ostrożnie (bo od dziecka bardzo alergicznie reagowałem na wszelkie jej wzmianki o tym, że już czas wziąć się za siebie i coś z tym zrobić), poinformowała mnie, że znalazła program KOS-BAR. Dla świętego spokoju, wiedząc jak wytrwała jest z niej kobieta i że będzie mi tak „truć” przy każdej rozmowie, łaskawie zgodziłem się udać na wizytę do Profesora Wyleżoła. „Najwyżej zrobią mi za darmo dużo badań i będę wiedział, co mi jest” – pomyślałem.
Ta wizyta i podejście Profesora zmieniły wszystko. Dokładnie opisał mi, czym jest choroba otyłościowa – ba, dopiero od tego momentu nie mówię „otyłość”, a „choroba otyłościowa”. Wytłumaczył mi, dlaczego operacja i tak drastyczne środki są konieczne, aby się leczyć. Postanowiłem przystąpić do programu i trzy miesiące później, 20 grudnia 2024 roku, leżałem już na stole operacyjnym. Przystąpienie do programu i determinacja z jaką zacząłem do niego podchodzić, a później operacja, zmieniły wszystko.
Całkowita zmiana trybu życia, deficyt kaloryczny, świadomość tego, co i ile jem, a dzięki operacji w końcu zdrowa relacja z jedzeniem. Ciastka nie mówią już do mnie ze stołu „weź mnie”, a kolejna porcja śledzików nie wydaje się atrakcyjna. To wszystko sprawiło, że dziś, 15 października 2025 roku, kiedy piszę do Was te słowa, jestem o 63 kilogramy lżejszym człowiekiem, a w szafie mam kilkanaście par spodni z Zary w rozmiarze S.
Odkładając jednak żarty na bok – nie te spodnie, ubrania i wygląd są najlepszą puentą mojej historii na dziś. Jest nią to, że od stycznia nie miałem ani jednego napadu dny moczanowej. Aparat CPAP na bezdech senny leży nieużywany w szafie, nie mam już insulinooporności i w końcu nie boli mnie brzuch (IBS zniknął…). To jest najważniejsze. I to, że wróciłem do swoich pasji. Znów śpiewam! Wychodzę na scenę, możecie mnie nawet oglądać w najnowszej edycji The Voice of Poland! Cieszę się muzyką i bardzo chcę, żeby ta przydługa opowieść zdeterminowała choć jedną osobę do walki o siebie. Osobę, której wydaje się – jak mi 10 miesięcy temu – że już nie ma ratunku. Nigdy nie działały na mnie te foteczki „przed i po”, bo nie wierzyłem, że może mi się udać. Warto wierzyć!
Wiem też jednak, że choroba otyłościowa, z uwagi na swą przewlekłość, jest i będzie ze mną zawsze. Żyję w ciągłym lęku, że przytyję i to wcale nie jest koniec mojej walki. Tak jak alkoholicy, my, osoby z chorobą otyłościową, musimy nauczyć się oswajania tego potwora i wytresować go, żeby to nie on zarządzał naszym życiem, ale my nim. Uczę się tego codziennie – może nauczymy się razem?


Kamila – pacjentka, ambasadorka Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”
Sport towarzyszył mi od dziecka. Woda zawsze była moim żywiołem – trenowałam pływanie w klasie sportowej i zdobyłam uprawnienia ratownika WOPR. Nigdy nie byłam bardzo szczupła, ale byłam zdrowa i sprawna.
Wszystko zaczęło się zmieniać po ciąży. Tarczyca przestała prawidłowo funkcjonować, a diagnoza choroby Hashimoto wywróciła moje życie do góry nogami. Pomimo podejmowanego wysiłku pojawiły się ”nadmierne kilogramy.”
Potem wydarzył się wypadek samochodowy. Złamane żebra, uraz kręgosłupa szyjnego, mnóstwo potłuczeń – to wszystko wyłączyło mnie z aktywności na długie miesiące. Ból i ograniczenia ruchowe były ogromnym ciężarem nie tylko fizycznym, ale i psychicznym. Spowodowały też że masa mojego ciała jeszcze bardziej wzrosła.
Na co dzień pracuję za biurkiem, a dojazdy 40 km samochodem do pracy dodatkowo ograniczały moje możliwości ruchu- to była za długi dystans na spacer czy rower. Nim się obejrzałam, choroba otyłościowa zaczęła przejmować kontrolę nad moim życiem. Próbowałam wszystkiego – diet, ćwiczeń, wyrzeczeń, leków –nic nie działało na dłuższą metę. Z czasem brakowało mi sił, żeby dalej walczyć.
W końcu podjęłam jedną z najważniejszych decyzji w moim życiu – postanowiłam skorzystać z profesjonalnej pomocy medycznej. Zgłosiłam się do programu leczenia choroby otyłościowej KOS-BAR. Trafiłam na cudownych ludzi i Profesora, który jako pierwszy naprawdę mnie wysłuchał i zrozumiał z czym się mierzę, a ja dowiedziałam się, że choruję na otyłość i potrzebuję opieki i leczenia specjalistycznego.
Dziś wiem, że otyłość to choroba. Nie efekt lenistwa, nie brak silnej woli. To choroba, którą trzeba leczyć zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną, ale też z troską, szacunkiem dla pacjenta i zrozumieniem z czym się mierzy.
Jestem na początku tej drogi, ale pierwszy raz od dawna czuję, że nie jestem w niej sama.
Michał: pacjent, ambasador Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”
Od dziecka byłem bardzo drobny. Moja mama dosłownie „ganiała” mnie z kanapkami po boisku do piłki nożnej, bo dla mnie wtedy liczyła się tylko gra. Sport i aktywność fizyczna były moim całym światem. Z czasem dołączyłem do Ochotniczej Straży Pożarnej – pomaganie innym ludziom stało się dla mnie tak samo ważne jak ruch.
Problemy z „nadmiernymi kilogramami” zaczęły się dopiero później, kiedy zacząłem pracować na nocne zmiany. Zmęczenie, stres i brak czasu na regularny ruch zrobiły swoje. A potem wydarzył się wypadek samochodowy, który wywrócił moje życie do góry nogami.
Przez prawie dwa lata byłem ograniczony ruchowo. Nie mogłem ćwiczyć, nie mogłem funkcjonować tak, jak zawsze. W tym czasie rozwinęła się u mnie choroba otyłościowa. To nie była kwestia wyboru – to był efekt wielu trudnych okoliczności, które mnie przerosły.
Dziś, mimo że robię dziennie ponad 20 000 kroków, moja waga stoi w miejscu. W pewnym momencie zrozumiałem, że sam już sobie nie poradzę – że potrzebuję profesjonalnego wsparcia.
Zgłosiłem się do Szpitala Czerniakowskiego. Umówiono mnie na konsultację z Profesorem. Od tej chwili wiem, że jestem we właściwym miejscu. Ktoś w końcu spojrzał na mnie jak na człowieka walczącego z chorobą, a nie jak na kogoś, kto „nie ma silnej woli”.
Moja nowa droga właśnie się zaczęła. Wierzę, że to początek mojego nowego, lepszego życia – życia, w którym nie jestem sam i w którym moje zdrowie jest w rękach ludzi, którzy naprawdę rozumieją, czym jest choroba otyłościowa.


Ewelina – pacjentka, ambasadorka kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”.
Mam 32 lata. Otyłość nie pojawiła się w moim życiu nagle – była jak cień, który rósł razem ze mną. Od nastoletnich lat zmagałam się z zaburzeniami odżywiania i przewlekłą depresją. Z czasem dołączyły do tego problemy z płodnością. Przeszłam dwie procedury wspomaganego rozrodu, zanim zostałam mamą. Dziś jestem szczęśliwą mamą trójki dzieci – każde z nich to osobna historia, osobna ciąża, osobny cud.
Po pierwszej ciąży pojawiła się otyłość I stopnia. Po trzeciej – już otyłość III stopnia. Moja waga nie chciała spadać, a organizm coraz głośniej krzyczał, że coś jest nie tak.
W dniu moich 30. urodzin trafiłam do szpitala MSWiA w Warszawie. W stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Wtedy po raz pierwszy ktoś wypowiedział głośno diagnozę, której wcześniej nikt nie chciał postawić: otyłość. I to był początek czegoś nowego.
W lipcu 2023 roku rozpoczęłam leczenie. Nie dietę, nie kolejne „próby schudnięcia”, ale prawdziwe leczenie choroby.
Dziś jestem 51 kilogramów lżejsza. Ale ważniejsze jest to, że odzyskałam siebie – swoje zdrowie, sprawczość, życie. Moje ciało przestało być moim wrogiem. Otyłość i jej powikłania są w remisji. I choć droga nie była łatwa, wiem, że warto było ją przejść.
Chcę być głosem dla tych, którzy wciąż czekają, aż ktoś potraktuje ich historię poważnie. Bo otyłość to choroba. I można ją leczyć.
Joasia: pacjentka, ambasadorka Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”
Moja walka o zdrowie i lepszą wersję siebie to podróż, która zaczęła się dekadę temu i wciąż trwa. W 2014 roku przy wzroście 165cm ważyłam 125 kg. Nigdy nie byłam osobą szczupłą, ale lata 2010–2014 przyniosły dramatyczny wzrost masy ciała – z 80 kg do 125 kg.
Przyczyną były niezdiagnozowane choroby, które wpędziły mnie w depresję, kompulsywne jedzenie, poczucie beznadziei i brak energii do życia. Każdy dzień był walką, w której z góry czułam się skazana na porażkę. Miałam wrażenie, że nikt nie potrafi mi pomóc, a moje zdrowie i szczęście wymykają się z rąk.
Przełom nastąpił w 2015 roku, kiedy trafiłam na lekarza specjalistę, który wreszcie postawił trafną diagnozę. To był moment, który zmienił wszystko. Od tego czasu rozpoczęłam swoją walkę – powolną, bolesną, pełną prób i błędów. Nie było łatwo. Musiałam nauczyć się od nowa swojego ciała, zrozumieć, co mi służy, a co szkodzi. Każdy kilogram mniej był kolejną wygraną bitwą. Każdy dzień, w którym udało mi się wstać i podjąć próbę, był krokiem naprzód.
Droga do zdrowia i samoakceptacji nie była prosta, ale nauczyła mnie jednego: wszystko zaczyna się w głowie. To my decydujemy, jak będzie wyglądać nasza przyszłość – choć często nie jesteśmy w stanie przejść tej drogi bez odpowiedniego wsparcia.
Uważam, że w przypadku choroby otyłościowej ogromne znaczenie ma nasze nastawienie psychiczne. To, jak podchodzimy do zdrowia, procesu „odchudzania”, ale też – jak umiemy współpracować ze specjalistami, nawet po postawieniu trafnej diagnozy.
Kiedy zdiagnozowano u mnie ciężką insulinooporność, zbliżającą się do stanu przedcukrzycowego, rozpoczęłam pracę z psychoterapeutą. Zrozumiałam wtedy, jak ogromną moc ma nasz umysł. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale bez pracy nad emocjami i mechanizmami, które kierują naszymi zachowaniami, trudno mówić o trwałych zmianach.
Znam przypadki osób, które – mimo operacji bariatrycznych i leczenia farmakologicznego – wróciły do poprzedniej wagi. Dlaczego? Bo nie przepracowały przyczyn swojego jedzenia, nie zajęły się sferą psychiczną. W moim przypadku wszystko zaczęło się w głowie. Kompulsywne jedzenie było dla mnie sposobem na ucieczkę, na uciszenie emocji. To ono napędzało spiralę otyłości. A przecież otyłość, podobnie jak alkoholizm czy uzależnienie od nikotyny, ma silny komponent psychiczny. Z tą różnicą, że jedzenia nie da się całkowicie unikać – musimy nauczyć się żyć tak, aby to jedzenie nas karmiło, a nie niszczyło. Dlatego, mimo że udało mi się wiele osiągnąć, od lat stale pracuję nad sobą z
doświadczonym terapeutą. Bo wiem, że to proces. Że zdrowie i równowaga psychiczna to codzienne wybory, a nie jednorazowy wysiłek. Zaczęłam też regularnie ćwiczyć. To, co kiedyś było dla mnie karą, z czasem stało się moją pasją i też sposobem na odnalezienie siebie
Dziś, w 2025 roku, wiem, że choć osiągnęłam wiele, to moja podróż się nie kończy. Moje zdrowie to proces, a nie cel. Cieszę się każdym dniem, każdym sukcesem i każdą lekcją, którą daje mi życie. Mam nadzieję, że moja historia – jeśli pomoże choć jednej osobie, która zdecyduje się zawalczyć o siebie – da mi poczucie podwójnej wygranej. Pamiętajcie: najważniejsze to się nie poddawać. Droga może być długa i trudna, ale nagroda – nowe życie – jest warta każdego wysiłku.


Ania – pacjentka, ambasadorka kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”.
Od dziecka zmagałam się z nadwagą i nie byłam osobą szczególnie aktywną fizycznie. Mimo to lubiłam przebywać wśród ludzi i chętnie angażowałam się w życie społeczne.
Choroba otyłościowa rozwijała się u mnie przez wiele lat. W 2019 roku po urodzeniu dzieci ważyłam 136 kg. Miałam nadciśnienie i insulinooporność. Wtedy postanowiłam poszukać pomocy u lekarza. Z polecenia koleżanki odwiedziłam diabetologa-endokrynologa i wtedy usłyszałam, że otyłość się leczy. Pierwszy raz ktoś otwarcie zapytał, czy nie chciałabym rozważyć leczenia bariatrycznego. Wcześniej lekarze ograniczali się do rad: „proszę mniej jeść i więcej się ruszać”.
Zaczęłam szukać w swoim mieście ośrodków specjalizujących się w leczeniu bariatrycznym. Po wstępnej konsultacji dowiedziałam się, że czas oczekiwania na operację jest długi. Wkrótce wybuchła pandemia przez co na zabieg czekałam niemal 1,5 roku.
W czerwcu 2021 przeszłam operację bariatryczną metodą Sleeve Gastrectomy (rękawowa resekcja żołądka), która zapoczątkowała proces powrotu do zdrowia. W ciągu 8 miesięcy zredukowałam masą ciała o ponad 50 kg. Wsparcie specjalistów – dietetyka i psychologa – pozwoliło mi wypracować zdrowe nawyki i zadbać o dobre samopoczucie. Ustąpiło nadciśnienie, a insulionooporność się wycofała.
Kolejne wyzwania pojawiły się w 2023 roku, kiedy ze względu na nasilające się dolegliwości, zdecydowałam się na usunięcie pęcherzyka żółciowego. Wkrótce po tej operacji zmagałam się z refluksem żołądkowo-przełykowym, który przez dwa lata powodował codzienną zgagę i nadżerki w przełyku. Pomimo stosowania diety i leczenia farmakologicznego, objawy utrudniały życie, a konieczność spożywania „lekkich” posiłków spowodowała przyrost masy ciała o 10 kg. Ostatecznie, po konsultacji medycznej, podjęto decyzję o przeprowadzeniu operacji gastric bypass – w czerwcu 2025 roku
Obecnie jestem na drodze do zdrowia, straciłam 10 kolejnych kilogramów. Nieustannie pracuje z psychologiem, dietetykiem oraz dbam o utrzymanie odpowiedniego poziomu aktywności fizycznej.
Odzyskałam energię i poczucie sprawczości. Mogę być wsparciem dla bliskich, bo zadbałam o siebie. Równocześnie rozwijam karierę i od 2021 roku poczyniłam znaczące postępy w sferze zawodowej.
Aleksandra – pacjentka, ambasadorka kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”.
Moja choroba otyłościowa na dobre zaczęła się po trzydziestym roku życia, kiedy zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy. Ale tak naprawdę ta historia zaczęła się dużo wcześniej.
Mama często powtarzała, że w przedszkolu wołano na mnie „ta najmniejsza i ta najchudsza”. Ale po tym okresie, dodatkowe kilogramy towarzyszyły mi już przez całe życie.
W podstawówce i w liceum nie było jeszcze tak źle. Miałam już nadwagę, ale na szczęście również zamiłowanie do sportu. Ze znajomymi bywało różnie. Byli tacy co mnie akceptowali i mój wygląd nie miał dla nich żadnego znaczenia, ale zdarzali się i tacy, co mieli niestety wpływ na moją samoocenę i poczucie własnej wartości. To powodowało, że już od podstawówki wstydziłam się pokazywać na basenie w kostiumie kąpielowym. Natomiast na siłowni, zamiast skupić się na ćwiczeniach, przejmowałam się złośliwymi uwagami i tym, jak bardzo jestem oceniana.
Na szczęście miałam wsparcie w rodzinie, szczególnie w mojej starszej siostrze. Ona również zmaga się z tą chorobą. Razem, od zawsze wspieramy się w walce z dodatkowymi kilogramami.
W końcu przyszedł czas wkroczenia w dorosłość. Co to oznaczało dla mojej wagi? A to, że witaj praco siedząca, witajcie dodatkowe kilogramy! I chociaż bardzo nie chciałam ich zapraszać do swojego życia, to one tego nie rozumiały. Próbowałam się ich pozbyć pasją do tańca orientalnego (tam przynajmniej mówili, że trochę dodatkowego ciała, to tylko atut), udało mi się przejść przez dietę kopenhaską, kapuścianą, Dukana… Ale dla wtajemniczonych, myślę że wiecie czym to się kończyło. Przez chwilę było fajnie, kilogramy się zmniejszały, żeby po miesiącu czy dwóch, znów wyskoczyły w górę jak z procy i to ze zdwojoną siłą…
Z wiekiem było coraz trudniej. A zwłaszcza po przekroczeniu wspomnianej trzydziestki. Wtedy powiedziałam dzień dobry niedoczynności tarczycy oraz insulinooporności. A już rok później przywitałam jeszcze dodatkowe 20 kg. Myślałam, że już się poddam w tej nierównej walce. Porady dietetyków, z którymi wówczas miałam kontakt, tylko dodatkowo mnie dołowały. Pięć zbilansowanych posiłków dziennie i regularne ćwiczenia. Brzmi prosto, prawda? Ale czy znacie chociaż jedną osobę, która regularnie prowadzi taki tryb życia? A wymaga się tego od osoby, która ma ewidentnie zaburzenia żywienia???
Próbowałam, naprawdę! I to jeszcze przez 2 lata!!! Bo miałam silną motywację. Marzyłam o dziecku. Lekarz ginekolog poinformował mnie, że teraz to nie jest czas na odchudzanie i głodówki, bo właśnie przez to organizm będzie za słaby, żeby zajść w ciążę. Wiec jadłam zdrowo, liczyłam kalorie, chodziłam regularnie na basen. Przez 2 lata schudłam… 2 kg. Ale to już nie było dla mnie ważne, bo w końcu przywitaliśmy na świecie moją ukochaną córeczkę, a później drugą. Tylko że ciąża uruchomiła kolejną lawinę chorób towarzyszących otyłości. Była cukrzyca ciążowa, nadciśnienie tętnicze, duże problemy z kręgosłupem, początki astmy (a już była przecież insulinooporność i niedoczynność tarczycy).
Chwilami byłam załamana, nawet bardzo. Patrzyłam na moje dzieci i wiedziałam, że chcę być przy nich – aktywna, uśmiechnięta, pełna energii. A ja czułam w sobie złość do samej siebie, że nie umiem sobie poradzić z otyłością. Lekarze powtarzali w kółko to samo: „Musi Pani schudnąć”. Ale jak??? Słyszałam zarzuty, że brakuje mi silnej woli, że się nie staram. Nie słyszałam jednak nic, co naprawdę mogłoby mi pomóc. Straciłam wiarę i przestałam szukać pomocy.
Przełom nastąpił dopiero po przeprowadzce do małej miejscowości. Trafiłam na lekarkę, która pierwszy raz powiedziała mi coś, co zmieniło wszystko: „Pani choruje na otyłość. Otyłości się nie odchudza – otyłość się leczy”. To było jak otwarcie drzwi, których wcześniej nie widziałam.
Dowiedziałam się o programie KOS-BAR. Na początku bałam się – czy to naprawdę już czas na operację bariatryczną? Czy to moja ostatnia szansa? W szpitalu wyjaśniono mi wszystko. Zrozumiałam, że to nie tylko kwestia wagi, ale ratowania zdrowia i życia.
Dzięki leczeniu farmakologicznemu schudłam 14 kg. Pięć miesięcy po operacji bariatrycznej mam już następne 20 kg mniej. To łącznie ponad 30 kg! Różnica jest nie do opisania. Czuję się młodsza o 15 lat. Mam energię, wróciłam do sportów, które już dawno skreśliłam.
Ale co najważniejsze – odzyskałam nadzieję. Teraz, gdy zdarzy mi się gorszy dzień, nie mam w sobie poczucia porażki. Po prostu idę dalej. To jest właśnie ta różnica – leczenie daje siłę, której wcześniej nie miałam.
Wciągnęłam w tę przygodę całą rodzinę. Razem ćwiczymy, gotujemy, uczymy się zdrowych nawyków. Cieszę się każdym dniem i życzę sobie, by ta energia trwała jak najdłużej.
Bo dziś już wiem – z otyłością nie walczy się samotnie. Można ją leczyć. A życie po operacji, jest dla mnie o wiele piękniejsze i teraz jest lepiej, niż mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić.


Edyta – pacjentka, ambasadorka Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”
Nigdy nie byłam osobą drobną czy szczupłą, ale przez długi czas nie traktowałam swojej wagi jako poważnego problemu. Była po prostu „częścią mnie”. Wszystko zaczęło się
zmieniać, kiedy zachorowałam na nadczynność tarczycy – wtedy gwałtownie schudłam. Ale
zaraz potem, po leczeniu i dwóch ciążach, przybyło mi bardzo dużo kilogramów. Do tego doszła stresująca praca i chroniczne zmęczenie. Moja waga powoli, ale systematycznie
rosła. I chociaż nie chciałam tego widzieć, moje ciało wysyłało mi sygnały ostrzegawcze, stawałam się senna, źle się czułam, byłam zmęczona.
Pandemia była punktem zwrotnym. Z dnia na dzień straciłam wieloletnią pracę. Nagle zamknięta w czterech ścianach, z dziećmi na zdalnym nauczaniu, bez planu, zaczęłam coraz
częściej sięgać po jedzenie by poradzić sobie z emocjami. Waga poszybowała w górę. W tamtym czasie czułam, że coś wymyka się spod kontroli i nawet jak próbowałam nad tym wszystkim zapanować, to sukcesu nie było.
Próbowałam wielu diet. Jedne trwały tydzień, inne miesiąc. Zawsze z tym samym rezultatem: „efekt jojo”, frustracja i złość na samą siebie.
Podjęłam nową, wymagającą pracę i jako mama dwóch synów nie miałam przestrzeni na to, by codziennie gotować „idealnie zdrowe” posiłki, chodzić na siłownię, czy spacerować. Żyłam
w biegu, a moje zdrowie, także psychiczne, było z dnia na dzień w coraz gorszym stanie.
W końcu postanowiłam poprosić o profesjonalną pomoc. To był trudny krok – przyznać się, że nie dam rady sama. Trafiłam do lekarza i wtedy po raz pierwszy po wielu latach zmagania
się z „nadmierną masą ciała” usłyszałam, że choruję na chorobę otyłościową i insulinooporność.
Chorobę!!!! To słowo zostało ze mną na długo. W końcu nikt mnie nie oceniał i nie obwiniał, nie mówił „musisz się bardziej postarać”, tylko potraktował moje objawy jak realny problem
zdrowotny, który wymaga diagnostyki i leczenia.
Dziś wiem, że otyłość to nie wybór, a przewlekła choroba metaboliczna, której nie da się wyleczyć silną wolą, czy jedną dietą z internetu. To zaburzenie, które wpływa na całą gospodarkę hormonalną i metaboliczną organizmu. Insulina, grelina, leptyna – to nie są abstrakcyjne hasła, to hormony, które w moim ciele przestały działać prawidłowo.
Zaczęłam leczenie. Pod opieką lekarza i dietetyka krok po kroku uczę się na nowo, czym jest odżywianie, czym jest ruch – nie jako kara, ale jako troska o siebie. Całą rodziną wprowadziliśmy więcej aktywności – rowery, spacery, basen. Dzieci uczą się razem ze mną,
że zdrowie to nie tylko „nie chorować”, ale dbać o siebie na co dzień.
Dziś wiem, że zdrowienie to proces, który zaczyna się od akceptacji. Nie oznacza to pogodzenia się z chorobą, ale uznania jej istnienia i podjęcia leczenia tak jak
w przypadku każdej innej przewlekłej choroby – cukrzycy, nadciśnienia czy astmy. Nie wstydzę się już tego, że potrzebuję wsparcia. Wstydzę się tylko tego, że tyle lat żyłam w przekonaniu, że to wszystko jest „moja wina”.
Nie jest. I jeśli Ty też się z tym zmagasz – uwierz mi, nie jesteś sam/a. Poproś o pomoc. Bo z chorobą otyłościową nie walczy się samotnie.
