Poznajcie historię Marty i Michała. 

Zapraszamy do obejrzenia filmu pt: „Droga do zdrowia”, który powstał w ramach kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”.

„Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz.”, to hasło kampanii społecznej zainicjowanej przez FLO -Fundację na Rzecz Leczenia Otyłości. Celem kampanii jest zwiększenie świadomości społecznej na temat choroby otyłościowej, przeciwdziałanie stygmatyzacji i dyskryminacji pacjentów oraz zwrócenie uwagi na konieczność podjęcia działań systemowych na rzecz diagnozowania i kompleksowego leczenia tej ciężkiej, nawracającej i stanowiącej zagrożenie dla życia choroby.


Historia Pani Katarzyny Głowińskiej, powstała w ramach kampanii społecznej pt.: „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”, organizowanej przez FLO – Fundację na rzecz Leczenia Otyłości.
„Stop! Nie krzywdźcie nas! Jesteśmy tacy sami jak wy!” – mówi Katarzyna Głowińska, prezes FLO – Fundacji na Rzecz Leczenia Otyłości.

Niedawno skończyła 40 lat. Gdyby nie choroba, z pewnością pracowałaby w swoim zawodzie. Jest wizażystką, więc pewnie malowałaby do ślubu panny młode, wykonywała sceniczne makijaże i dalej rozwijała swoją pasję. Tak się jednak nie stało. – Choroba zabrała mi marzenia, poczucie pewności siebie i możliwość rozwoju. Z jej powodu przez sześć lat nie wychodziłam z domu – wspomina pani Katarzyna. Odnalazła w sobie siłę dopiero dzięki grupie wsparcia dla pacjentów z nadwagą i chorobą otyłościową, którą prowadzi od pięciu lat na Facebooku oraz zarejestrowanej przed rokiem Fundacji na Rzecz Leczenia Otyłości. – Poczułam się znów potrzebna. Zobaczyłam, że jestem w stanie pomóc wielu ludziom. To mi pomogło przetrwać i odzyskać wiarę w siebie. Zbudowało mnie i umocniło – mówi.

Kiedy i jak to się zaczęło?

Pani Katarzyna już w przedszkolu odstawała od swoich rówieśników. Różniła się od nich wyglądem i gorszą sprawnością. Już wtedy miała problem z ubraniami. Pamięta zawody sportowe, na które musiała pożyczyć dres od starszego o półtora roku brata, bo nie mieściła się w rozmiarze odpowiednim dla jej wieku. W szkole podstawowej było jeszcze gorzej, bo jej masa ciała ciągle rosła, i to w zastraszającym tempie. W wieku 11 lat ważyła już 82 kilogramy. Podejrzewano u niej chorobę Cushinga, której jednym z objawów jest nadmierna masa ciała. W Instytucie Matki i Dziecka podjęto wtedy u niej próbę redukcji masy ciała. Zaproponowano konsultację u dietetyczki. Wizytę u niej pamięta do dziś i zawsze, kiedy zamyka oczy, widzi, jak siedzi z mamą przy stoliku, a dietetyczka tłumaczy jej, że powinna przejść na rygorystyczną dietę i jeść bardzo małe porcje. 

– Nie wytrzymałam długo na tej diecie. Byłam dzieckiem i nie rozumiałam, dlaczego mam sobie wszystkiego odmawiać – wspomina. 

Kiedy miała 12 lat, jej waga sięgnęła 103 kilogramów – w ciągu roku przytyła 21 kilogramów! Trafiła wtedy do szpitala z powodu złuszczenia głowy kości udowej. Lekarz, który ją zoperował, powiedział, że naprawił nogę, ale jeżeli nadal będzie tyła, to ta noga nie wytrzyma i znów będzie chora, a ona nigdy nie założy butów na obcasie, jak inne dziewczęta. Dał do zrozumienia, że to jej wina i że musi przestać tyle jeść.

Wiele razy słyszała, że powinna „wziąć się za siebie”. Że gdyby jadła mniej i więcej się ruszała, na pewno by schudła. Z czasów szkoły podstawowej w jej pamięci na zawsze pozostanie bal ósmoklasisty. Nikt nie chciał z nią zatańczyć poloneza. Ostatecznie do tańca poprosił ją wychowawca. – Było mi bardzo przykro. Czułam się gorsza, słabsza i… niepełnowartościowa – mówi pani Katarzyna. 

Takich przykrych sytuacji było więcej. Dobrze pamięta, jak któregoś dnia po powrocie z przerwy wróciła do klasy, usiadła w swojej ławce, otworzyła piórnik i zobaczyła w nim zdjęcia kobiet w zaawansowanym stadium choroby otyłościowej. Takich osób nie widywało się w tamtym czasie na ulicach. To było dla niej bardzo traumatyczne przeżycie. – Nawet dziś, kiedy o tym mówię, zaczynam się jąkać – mówi. 

W liceum było jeszcze gorzej. Jak zły sen wspomina mikołajki. To była pierwsza klasa, pamięta, że siedziała wtedy na korytarzu i widziała, jak wnoszą prezenty do sali. Jeden z nich był zapakowany w czarny worek na odpady i obwiązany czerwoną wstążeczką. – Byłam przekonana, że to prezent dla mnie. I nie myliłam się. Wyszłam na środek klasy, otworzyłam ten worek, a w nim było różowe, plastikowe krzesełko dla bardzo małego dziecka – wspomina pani Katarzyna, dodając, że nie potrafi tego zapomnieć. Z powodu tego traumatycznego przeżycia, z ciśnieniem przekraczającym 200/100, wylądowała w gabinecie pielęgniarki, a jej mamę wezwano do szkoły, żeby ją odebrała. – Nie potrafię o tym wszystkim spokojnie rozmawiać. Od razu lecą mi łzy, tak samo jak wtedy – przyznaje. 

Czy brała pod uwagę zmianę szkoły? Nie, bo była przekonana, że gdziekolwiek by się nie przeniosła, to wszędzie będzie tak samo. Na pewno spotka się z przejawami dyskryminacji i stygmatyzacji, a nieznane środowisko może być dla niej jeszcze bardziej nieprzyjazne niż to, do którego już przywykła. 

158 kilogramów wyrzeczeń i upokorzeń

Jako 14-latka pani Kasia ważyła już 120 kilogramów i mimo że wielokrotnie próbowała się odchudzać, nie była w stanie zapanować nad masą ciała. W liceum zrezygnowała z jedzenia chleba i bułek, przerzuciła się na pieczywo chrupkie. W pół roku udało jej się zrzucić 25 kilogramów. Kiedy doszła do 104 kilogramów, poczuła się ze sobą dobrze, zaczęła się sobie podobać. Niestety w krótkim czasie waga z powrotem poszybowała. – Za każdym razem, kiedy podejmowałam próbę schudnięcia, w ostateczności zawsze nabierałam jeszcze większej masy – przyznaje pani Kasia.

Nie inaczej było w jednym z instytutów zajmujących się otyłością, gdzie jeździła przez trzy lata. Dzięki diecie i leczeniu, które tam zalecono, jej masa ciała obniżyła się o 42 kilogramy. Tyle, że terapia doprowadziła do zaburzeń psychosomatycznych. Przestała jeść, miała nawracające migreny, szczękościsk, napady lękowe i myśli samobójcze. Po zakończeniu leczenia, w ciągu kolejnych trzech lat waga znów podskoczyła, tym razem o 55 kilogramów.

Doszło do tego, że pani Kasia ważyła już 158 kilogramów, nosiła rozmiar 58-60 i była już zmęczona stosowaniem diet, które przynosiły efekt tylko na chwilę, bo po ich odstawieniu zawsze dochodziło do nawrotu choroby. Czuła się zupełnie bezradna i zdruzgotana. Autobusy, tramwaje, kina, teatry i restauracje omijała szerokim łukiem. Nie chciała się narażać na stres, niewybredne docinki i komentarze. Kiedy wchodziła do sklepu, od razu zlewała się potem z obawy przed krzywdzącymi ocenami. Tylko w domu czuła się bezpiecznie.

Nadzieję na odzyskanie kontroli nad swoim ciałem i życiem dali jej znajomi. Dowiedziała się o możliwości założenia opaski na żołądek od kogoś, kto przeszedł taki zabieg. A od koleżanki dostała kontakt do lekarza leczącego otyłość. Za jej namową umówiła się na wizytę i wtedy po raz pierwszy usłyszała, że jest chora. – Do tego czasu żyłam w przekonaniu, że za dużo jem, nie potrafię utrzymać efektów odchudzania, jestem niekonsekwentna, nie daję rady i to moja wina, że tak dużo ważę – wspomina.

Wyboista droga do osiągnięcia celu

Ta pierwsza konsultacja lekarska wywarła na niej ogromne wrażenie. Zrozumiała, że jest ktoś, kto jej pomoże, że nie będzie już sama. Poczuła się bezpiecznie i spadł z niej wreszcie ciężar samotnej walki z otyłością.

Pierwszym krokiem w planie leczenia było założenie balonu do żołądka (rok po konsultacji). Dzięki niemu pani Kasi udało się w ciągu pół roku zredukować masę ciała o 23 kilogramy. Jednak od ostatecznego celu, którym miała być operacja bariatryczna, ciągle ją coś oddalało. – Jestem po prostu pechowa. O operację żołądka staram się już sześć lat. Najpierw pogorszył się drastycznie stan mojej nogi i nie byłam już w stanie poruszać się bez kul. Potem przyplątało się jakieś przeziębienie, miesiączka, nadciśnienie, zapalenie nerek, przez które trafiłam do szpitala. Po wyleczeniu nerek zaszłam w ciążę, ale w 10. tygodniu ją straciłam. Ostatecznie nie udało się mnie zoperować zaraz po wyjęciu balonu, bo ciągle pojawiały się jakieś przeszkody – mówi.

W 2015 roku założono jej drugi balon, żeby zredukować masę ciała i przygotować ją do operacji. Tym razem w ciągu sześciu miesięcy ubyło jej „tylko” 12 kilogramów, po czym w krótkim czasie przybyło 20 kilogramów. Na trzeci zabieg z użyciem balonu już się nie zdecydowała. Postanowiła, że sama postara się obniżyć masę ciała tak, by można było bezpiecznie wykonać jej operację bariatryczną.

– Jestem już 5,5 roku po rękawowej resekcji żołądka i przygotowuję się do kolejnej operacji. Wskazaniem do niej jest między innymi refluks, z którym nie mogę sobie poradzić. Ta operacja to kolejny etap leczenia, które będzie trwało w moim przypadku do końca życia – nie ma wątpliwości pani Kasia.

Na podstawie własnych doświadczeń wie, że osoby, które chcą zredukować masę ciała, muszą postępować trochę jak roboty – jeść każdego dnia określoną liczbę posiłków i wypijać określoną ilość wody. Ich posiłki muszą być regularne, spożywane w odpowiednich odstępach czasu i muszą zawierać odpowiednią ilość białka. Ważne jest, aby mieć świadomość, że otyłość jest chorobą, którą należy leczyć pod opieką lekarza oraz że redukcja masy ciała przy pomocy różnych diet nie jest istotą leczenia tej choroby. Ważna jest dokładna diagnostyka oraz leczenie, którego efektem jest m.in. redukcja masy ciała. – Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że otyłość to choroba przewlekła i u 60 procent pacjentów dochodzi do nawrotu. Nawet jeśli ktoś zredukuje swoją masę ciała, to i tak nadal jest chory na otyłość, która aktualnie jest w remisji – mówi.

Po latach zmagań z odchudzaniem, które przez wiele lat było jej jedynym celem w życiu, przestała się już obwiniać i obsesyjnie sprawdzać wagę. Uspokoiła się i zrozumiała, że wszystko wymaga czasu i leczenia, nie odchudzania.

– Choroba zabrała mi możliwość rozwoju i poczucie pewności siebie. Nie mogłam przez nią pracować i rozwinąć swoich zainteresowań. Zamknęła mnie w domu i uzależniła od innych osób – mówi pani Kasia, u której otyłość doprowadziła do rozwoju nadciśnienia i zwyrodnienia stawów. 

Kilka lat temu wszczepiono jej endoprotezę stawu biodrowego – bez zredukowania masy ciała żaden lekarz nie chciał się podjąć wykonania tej operacji. Ortopedzi zalecali wizytę w poradni leczenia bólu, twierdząc, że nic nie da się zrobić. –Przez kilka lat żyłam z przewlekłym bólem, który mimo przyjmowania leków, wybudzał mnie w nocy. Po operacji żołądka, kiedy musiałam odstawić te niesteroidowe leki przeciwzapalne, miałam problem nawet ze skorzystaniem z toalety i poruszałam się o kulach. Żeby wyjść na wizytę do lekarza czy do sklepu, musiałam prosić o pomoc – wspomina pani Kasia.

Kiedy była już po operacji bariatrycznej i poszła któregoś dnia do parku, nie mogła się nadziwić, jak bardzo się zmienił w ciągu tych sześciu lat, kiedy nie wychodziła z domu.

Słowa, które ranią jak sztylet

Jakich słów nie chciałaby już nigdy słyszeć? Które ją najbardziej raniły? – Tłuścioch, grubas, świnia, wieloryb. I gruba – określenie używane czasem zamiast mojego imienia – mówi pani Kasia. 

Przypomina się jej również sytuacja, z którą zetknęła się w szpitalnym oddziale ratunkowym, do którego trafiła z 40 stopniami gorączki i wysokim stężeniem CRP (osiągnęło wartość 265 przy normie do 5). Kiedy okazało się, że ma odmiedniczkowe zapalenie nerek, lekarze uznali, że lepiej byłoby, gdyby trafiła na oddział nefrologiczny. Skierowali ją do innego szpitala. Po kilku godzinach oczekiwania usłyszała tam od lekarza pytanie: „Gdzie pani tak tym tłuszczem obrosła?”. – Lekarz nie wykonał mi żadnego badania. Nie zostałam przyjęta na oddział i nie udzielono mi żadnej pomocy. Wypuszczono mnie w takim stanie do domu – mówi.

Dziś jest przekonana, że zareagowałaby inaczej i wyciągnęła konsekwencje wobec lekarza za takie zachowanie. – Nigdy w życiu nie pozwolę się już tak potraktować i nie pozwolę w taki sposób traktować innych chorych na otyłość. StopNie krzywdźcie nas! Jesteśmy tacy sami jak wy! Zasługujemy na pomoc i szacunek – mówi pani Kasia.



Historia Pana Łukasza, powstała w ramach kampanii społecznej pt: „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”, organizowanej przez FLO – Fundację na rzecz Leczenia Otyłości.
„Bądźcie bardziej tolerancyjni i nie oceniajcie nas po wyglądzie” – apeluje 41-letni pan Łukasz, chory na otyłość.

Łukasz mieszka w Warszawie. Ma 41 lat, a od ponad trzech lat jest już na rencie z powodu otyłości i jej powikłań – nadciśnienia, cukrzycy, bezdechu sennego, zapalenia stawów, problemów z poruszaniem się. Dzięki diecie ketogenicznej i analogowi GLP-1 jego waga obniżyła się już z 255 do 232 kilogramów, ale to ciągle za mało, żeby mógł zostać zakwalifikowany do operacji bariatrycznej. W opinii lekarzy musi pozbyć się jeszcze ponad 30 kilogramów. Od kilku tygodni czeka z niecierpliwością na wyznaczenie terminu zabiegu umieszczenia w jego żołądku balonu, który pomoże mu szybciej zmniejszyć masę ciała. 

– Jak tylko moja waga spadnie do docelowej, czyli nieprzekraczającej 200 kilogramów, balon zostanie wyjęty z mojego żołądka, a tydzień lub dwa po jego wyjęciu będę miał operację – mówi pan Łukasz.

Od szkolnej nadwagi do otyłości olbrzymiej

Już w szkole podstawowej miał nadwagę, ale nie wpływała ona znacząco na jego aktywność fizyczną. – Męczyłem się przy bieganiu, ale nie byłem zwolniony z lekcji w-f. Nauczyciele wręcz zachęcali mnie do ćwiczeń. Ćwiczyłem i ruszałem się jak każdy dzieciak, choć rzeczywiście byłem trochę wolniejszy i mniej sprawny od rówieśników. W zawodach sportowych nie brałem udziału, ale grałem na boisku w piłkę nożną czy koszykówkę, czasami nawet od rana do wieczora. Kiedy miałem 6 lat, wszedłem samodzielnie na Giewont. Z rodzicami co roku wyjeżdżaliśmy na wakacje do Zakopanego i chodziłem po górach bez większego wysiłku. Byłem też na obozie harcerskim – wspomina pan Łukasz. 

Czy czuł się wtedy gorszy od innych albo dyskryminowany? Absolutnie nie! Nauczyciele i koledzy w szkole traktowali go normalnie. – Mieszkaliśmy wszyscy na tym samym osiedlu, chodziliśmy do tej samej klasy i stanowiliśmy zgraną paczkę – mówi pan Łukasz.

Ze strony rodziny też nigdy nie usłyszał złego słowa, zwłaszcza że jego mama, starszy od niego o trzy lata brat i wujek również od lat mierzą się z otyłością, a matka chrzestna mieszkająca od wielu lat w Szwecji przeszła już operację bariatryczną. Pamięta, że jeszcze w podstawówce próbował pozbyć się nadmiaru kilogramów, stosując różne diety. Chodził nawet z mamą do dietetyka. Nie udało mu się jednak schudnąć. 

Wiele razy słyszał, że przyczyną jego nadwagi jest to, że za mało się rusza i za dużo je. Mówiono mu również, że to pewnie przez problemy z tarczycą albo z powodu jakiejś choroby genetycznej. Nikt nigdy nawet nie wspomniał o chorobie otyłościowej. 

To, że jest chory na otyłość, uświadomił sobie dopiero, kiedy był już dorosły i nie mógł zapanować nad zwiększającą się ciągle masą ciała. Osiem czy dziewięć lat temu po raz pierwszy pomyślał o niechirurgicznej metodzie jej leczenia za pomocą balonu, który umieszcza się w żołądku. Dowiedział się o niej od znajomej rodziny, która dwukrotnie została poddana takiemu zabiegowi. W rozmowie z panem Łukaszem wspomniała również o swoim lekarzu chirurgu ze Szpitala Czerniakowskiego w Warszawie, którego mu poleciła. Kiedy do niego trafił po raz pierwszy, lekarz zrobił na nim ogromne wrażenie. – Ani wcześniej, ani później nie spotkałem w swoim życiu lekarza z takim podejściem do pacjenta – mówi Łukasz.

Ma do siebie ogromny żal, że ważąc znacznie mniej niż teraz, nie zdecydował się wówczas na zabieg. Jak sam podkreśla, stchórzył i nie zgłosił się na kolejną wizytę w celu ustalenia terminu przyjęcia do szpitala. Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby miał przy sobie kogoś, kto by go do tego zmotywował? Tymczasem on był sam, na dodatek po rozwodzie, który był dla niego źródłem ogromnego stresu.

Pandemia i siedząca praca

Najgorzej wspomina okres pandemii COVID-19, która „zamknęła” ludzi w domach. To przez nią i przez pracę przy komputerze doszło u niego do niekontrolowanego wzrostu masy ciała. Pracując jako telefoniczny doradca klienta, pan Łukasz spędzał całe dnie w pozycji siedzącej, bez jakiegokolwiek ruchu. Jakie to miało konsekwencje dla jego zdrowia?

– Któregoś dnia zrobiło mi się słabo i zemdlałem. Wyszedłem wtedy wcześniej z pracy, bo kręciło mi się w głowie. Od tego momentu zaczęły się moje problemy zdrowotne i wizyty na szpitalnych oddziałach ratunkowych – wspomina pan Łukasz.

Omdlenia, utraty przytomności i silne bóle głowy powtarzały się nawet dwa, trzy razy w tygodniu. Nie był już w stanie pracować. Z czasem pojawiły się jeszcze problemy z kolanem i nogami, co jeszcze bardziej ograniczyło mu możliwość swobodnego poruszania się. Kiedy rok temu wszedł na wagę w szpitalu i okazało się, że waży już 255 kilogramów, przeżył szok. Nie mógł uwierzyć, że waży aż tyle, był przekonany, że o 15-20 kilogramów mniej. To go zupełnie załamało, ale też zrozumiał, że musi wreszcie coś z tym zrobić. 

W tym postanowieniu wspiera go narzeczona, bez której – jak sam twierdzi – nie miałby dość sił i samozaparcia. – Są takie dni, kiedy mam już wszystkiego dosyć. Czuję się zupełnie bezsilny. Na szczęście mam psa, golden retrievera, który działa na mnie jak antydepresant, kiedy jestem sam w domu. Gdyby nie on i moja narzeczona, która jest pielęgniarką, pewnie bym już zwariował Bez mojej narzeczonej na pewno nie zrzuciłbym przez ostatni rok tylu kilogramów – mówi pan Łukasz.

Długa lista zakazów

Od trzech lat pan Łukasz praktycznie nie wychodzi już z domu. Kiedy wyprowadza psa, czeka na niego przed klatką schodową. Spacery są ponad jego siły. Chętnie poszedłby na basen, ale nie chce wzbudzać sensacji ani czuć na sobie oceniającego wzroku innych ludzi. Samolotem podróżował ostatni raz ponad pięć lat temu – na siedzeniu się zmieścił, ale musiał prosić stewardessę o przedłużkę do pasów, bo nie mógł się zapiąć. Kiedy zaczął się spotykać z narzeczoną, na początku chodzili od czasu do czasu razem do teatru. Jednak kiedy jego problemy związane z wagą zaczęły się nasilać i coraz trudniej mu było chodzić, musieli zrezygnować z odwiedzania takich miejsc. Poza tym pan Łukasz boi się, że nie zmieści się w fotelu. 

Najbardziej mu żal tego, że nie może już chodzić na stadion Legii Warszawa i jak dawniej kibicować swoim piłkarzom. – Nie dam rady wejść po schodach ani stać, to dla mnie zbyt uciążliwe. I bardzo bolesne, bo uwielbiałem tam chodzić – mówi ze smutkiem.

Z higieną osobistą od czasu, kiedy udało mu się zrzucić ponad 20 kilogramów, nie ma już problemów. Samodzielnie korzysta z prysznica, co uważa za duży sukces. I nie czuje się już skrępowany przed narzeczoną, choć początkowo miał opory nawet przed zdjęciem przed nią koszulki. Ubrania i bieliznę od dawna zamawia tylko przez internet, zawsze w największych dostępnych rozmiarach. – Ostatnio zamówiłem spodnie i okazało się, że są na mnie za duże – śmieje się.

Tego nie mów nigdy choremu na otyłość!

Na pytanie, czy usłyszał kiedyś od innych osób coś, co było dla niego wyjątkowo przykre i bolesne, pan Łukasz przypomina sobie rehabilitanta, do którego zgłosił się z powodu problemów z barkiem. Był u niego tylko raz i przerwał rehabilitację, bo bardzo się zdenerwował, kiedy usłyszał, że powinien pomyśleć najpierw o zrzuceniu wagi. Na wagę zwrócił mu uwagę również kardiolog, od którego dowiedział się, że ma przerośnięte serce. Wielu innych lekarzy na jego widok wprawdzie nic nie mówiło, ale ich spojrzenia i gesty mówiły za nich. Zanim zdążył im wyjaśnić, po co do nich przyszedł, usłyszał, że musi schudnąć, że przydałoby mu się więcej ruchu, albo że powinien zmienić dietę. Żaden nie powiedział, że jest chory na otyłość i powinien się leczyć. – Nie jest to miłe, kiedy idzie się do lekarza z anginą czy z okiem i słyszy się coś takiego. Wiem, że jestem otyły, ale nie po to idę do lekarza, żebym musiał o tym słuchać – mówi pan Łukasz.

Pamięta również sytuację, która miała miejsce kilka lat temu na przystanku tramwajowym. Ktoś się do niego przyczepił i zaczął go obrażać, w czym wtórował mu kolega tego nieznajomego. Obaj zapowiedzieli mu, że nie wsiądzie z nimi do jednego tramwaju i cały czas mu ubliżali. Zabolało go, gdy został przez nich nazwany grubasem i kulą. Przysłuchiwało się temu wiele osób, ale nikt nie zareagował. – Nie życzę tego nikomu, zwłaszcza w miejscu publicznym – wspomina pan Łukasz, który ostatecznie nie wsiadł do tramwaju, na który czekał.

Do społeczeństwa i pracowników ochrony zdrowia, a zwłaszcza do lekarzy, pielęgniarek i rehabilitantów, apeluje przede wszystkim o większą tolerancję, zrozumienie i nieocenianie innych po wyglądzie. – To nieprawda, że obżeramy się, jemy słodycze i pijemy słodkie napoje. Nazywanie nas „puchatkami”, „grubasami”, „puszystymi”, „otyłymi” czy „żarłokami” sprawia nam ból i jest bardzo nieprzyjemne. Nie zawsze udaje nam się to puścić mimo uszu i zapomnieć – mówi pan Łukasz.

Innych chorych na otyłość zachęca, aby nie poddawali się w walce o swoje zdrowie, konsekwentnie dążyli do celu i nie bali się prosić o pomoc. Otyłość to ciężka choroba i należy ją leczyć, bo może być śmiertelna.



Katarzyna, ambasadorka kampanii:

Od dzieciństwa choruję na otyłość. Mój stan był bardzo ciężki. Choroba otyłościowa zamknęła mnie w domu na kilka lat, nie mogłam chodzić, żyłam w przewlekłym bólu, na który nie pomagały nawet najsilniejsze leki. W momencie największego zaawansowania choroby moja masa ciała wynosiła 158 kg. To był czas, kiedy zasypiając bałam się, że się nie obudzę.

Całe życie byłam dyskryminowana i oceniana przez pryzmat tego, że ponoszę winę za swoją chorobę. Rówieśnicy mnie prześladowali, robili sobie ze mnie żarty, komentowali mój stan. Choroba uniemożliwiła mi normalne funkcjonowanie, w życiu codziennym byłam zależna od pomocy innych osób. Nie mogłam podjąć pracy powiązanej z moją pasją, którą są makijaże. Ze względu na stan nogi (wynikający z choroby), straciłam też możliwość prowadzenia samochodu. Byłam więźniem swojego ciała.

Otyłość uniemożliwiła mi posiadanie rodziny i zabrała mi moje nienarodzone dziecko. Choroba mocno mnie doświadczała każdego dnia. Nie sądzę, że istnieje człowiek, który zgodziłby się świadomie na takie cierpienie z własnego wyboru, a o to jesteśmy ciągle obwiniani.

Zaangażowanie w prowadzenie grupy wsparcia dla chorych na otyłość przywróciło mi poczucie sensu życia. Czułam się potrzebna, spełniona i zobaczyłam, że osób takich jak ja jest o wiele więcej, a nasze historie są do siebie bardzo podobne. Od ponad 5 lat wspieram innych pacjentów w ich walce o zdrowie i leczeniu choroby i uważam, że „nadmierne kilogramy” nie powinny być wyznacznikiem wartości człowieka.


Anna, ambasadorka kampanii:

Na otyłość choruję od dziecka. W szkole podstawowej przekroczyłam wagę 100 kg. Koledzy mówili do mnie „gruba świnia”. Słyszę te słowa do dziś, bardzo wyraźnie, mimo że od tego czasu minęło kilkadziesiąt lat. Otyłość pozbawiła mnie radosnego dzieciństwa. Byłam odsuwana, odpychana, nieistniejąca w społeczności szkolnej, choć bardzo widoczna.  Nie mogłam chodzić na spacery, biegać z rówieśnikami, jeździć na karuzeli (nie mieściłam się w krzesełku). 

Bycie dorosłym z otyłością też nie jest łatwe. Zdarzają się sytuacje, w których jestem oceniana, obwiniana, wyśmiewana i obrażana. Kilka lat temu ortopeda odmówił mi leczenia, powiedział, że mam schudnąć. Innym razem, leżąc na stole przed badaniem medycznym, miałam odsłonięty brzuch. Lekarz złapał mnie za powłoki brzuszne i z pogardą w głosie powiedział do kolegi: „zobacz”! Trudno jest mi wyrazić słowami, co wtedy poczułam. Wiem tylko, że nie zareagowałam – nie byłam w stanie. 

Otyłość zabrała mi kobiecość. W sklepie z ubraniami słyszałam często: „nie mamy takich rozmiarów”, więc przestałam chodzić na zakupy. Czasami zamawiałam coś on-line, zazwyczaj były to workowate ubrania, duże i niezbyt ładne. Moje zdrowie nie poradziło sobie z otyłością. Pojawiła się depresja, nadciśnienie, cukrzyca, zwyrodnienia stawów kolanowych i kręgosłupa. W końcu postanowiłam zadziałać. Trafiłam na grupę wsparcia dla pacjentów i wspaniałego, empatycznego lekarza, który podjął się mojego leczenia. 

Niestety otyłość to choroba, która wraca. Żyję z nią i walczę do dziś, ale dzięki leczeniu odzyskałam radość życia i poprawiłam stan zdrowia. 


Lidia, ambasadorka kampanii:

Na otyłość choruję od 25 roku życia. Leczenie podjęłam mając 33 lata, po wielu próbach „zrobienia ze sobą czegoś”, zgodnie z radami moich znajomych i bliskich. Podczas największego zaawansowania choroby nie mogłam nawet spacerować. Bardzo bolały mnie stawy, przestałam wychodzić z domu. Problemem były ubrania, trudno było kupić odpowiedni rozmiar. Spodnie starczały mi na ok. miesiąc, bo przecierały się na udach. Musiałam wkoło kupować kolejne. 

Pamiętam, jak z okazji Dnia Dziecka poszłam z moją córką i jej dziadkiem do restauracji, zjadłam wtedy dużo, bo byłam bardzo głodna i nie mogłam się powstrzymać. Wiedziałam, że wzbudzam zainteresowanie, czułam te spojrzenia, pogardliwe, oceniające. Przez wiele lat nie miałam świadomości, że otyłość to choroba. Obwiniałam się, że nie mogę schudnąć, myślałam, że jestem leniwa. Choroba zabrała mi zwykłe rzeczy: spacery, wypoczynek na plaży, kąpiele w basenie, wyjścia na rower.

Dziś, dzięki leczeniu stałam się innym człowiekiem. Odzyskałam normalność, a moja masa ciała zmniejszyła się o ponad 50 kg. Rozmiar 52 zmieniłam na 38. Teraz wciąż kupuję sukienki. Znacząco poprawił się stan mojego zdrowia, ale niestety niektórych powikłań choroby otyłościowej nie da się już cofnąć.

Wiele osób nie wierzyło, że leczenie pomoże, ale udało się. Wciąż jestem osobą chorą, ale teraz już wiem, że otyłość należy diagnozować i leczyć.


Wojtek, ambasador kampanii:

Otyłość pojawiła się u mnie w szkole podstawowej, choć wtedy nie wiedziałem, że jest to choroba. Nie sądziłem też, że odciśnie ona piętno na całym moim życiu, wpłynie na budowanie relacji i poczucie własnej wartości. Nadmierna masa ciała odbierała mi energię do codziennego funkcjonowania i aktywności fizycznej, a to powodowało progres choroby. Przybywały mi kolejne kilogramy, stałem się podatny na kontuzje. Wpadłem w ‘błędne koło’ i nie potrafiłem z niego wyjść.

W bliskim otoczeniu miałem wielu doradców, którzy podpowiadali mi, jak prosto i łatwo rozwiązać „mój problem”, niestety rady nie były skuteczne. Dotarłem do momentu, w którym postanowiłem ograniczyć kontakty. Wciąż żyłem w przekonaniu, że na to zasłużyłem, że to moja wina, bo jem za dużo, jestem słaby i nie umiem sobie poradzić z moim „wyglądem”. Kupowałem coraz większe ubrania, ponosiłem kolejne porażki. Nie dopuszczałem myśli, że powinienem się leczyć.


Gdy moja waga osiągnęła 142 kg zdałem sobie sprawę, że sam sobie nie poradzę.
Nadszedł czas na przyjęcie pomocy. Przy wsparciu i zachętach żony zgłosiłem się do szpitala, w którym zostałem zdiagnozowany, a lekarz zaproponował mi leczenie. Zostałem włączony do programu KOS BAR, chociaż nie spotkało się to ze zrozumieniem i wsparciem wszystkich bliskich mi osób. Teraz wiem, że podjąłem właściwą decyzję. Dzięki leczeniu znowu poczułem, że żyję. Ponownie nabrałem nadziei i chęci do czerpania radości z życia.


Kasia, ambasadorka kampanii:

Na otyłość choruję większą część życia. Długo nie miałam świadomości, że to choroba. Myślałam, że taka moja uroda i jestem po prostu gruba. W autobusie nigdy nie siadałam. Bałam się, że zajmę dwa siedzenia. Czułam na sobie spojrzenia ludzi, chciałam się schować, niestety tej choroby ukryć się nie da. Najbardziej upokarzające było dla mnie latanie samolotem. Widziałam rozczarowanie i dezaprobatę osób siadających obok mnie, ale najgorsze było to, że nie mogłam zapiąć pasa bezpieczeństwa – był za krótki. Wchodząc do samolotu poprosiłam o przedłużkę, niestety stewardessa przyniosła ją, jak wszyscy pasażerowie już siedzieli na swoich miejscach. Pamiętam, jak powiedziała, zbyt głośno w moim odczuciu, „przedłużka dla pani”, a przecież nie podróżowałam z dzieckiem, tylko sama. To było trudne doświadczenie.


Bardzo stresowało mnie jedzenie w miejscach publicznych. Widziałam ludzi, którzy mieli wypisane na twarzy „jak ona śmie jeszcze jeść, przecież jest gruba”.
Moja praca wymagała ciągłych spotkań. Niestety otyłość i praca z ludźmi nie chodzą w parze. Zaczęłam uciekać, wycofywałam się z aktywności, czułam, że do niczego się nie nadaję. W pewnym momencie ważyłam 145 kg, a moje życie było zagrożone. Bolało mnie całe ciało, stawy, bolał mnie każdy krok i najmniejszy ruch. Bolało mnie życie.

Próbowałam uśmiechać się, jak przebywałam wśród ludzi, a płakałam w samotności w domu. Śmiech był moim sposobem obrony, sposobem na odwrócenie uwagi od tego, co widać. Dziś wiem, że to nie była moja wina, ale choroba zabrała mi ogromną część mnie. Ciągłe odchudzanie męczyło, stresowało, frustrowało.
Teraz się leczę, nie odchudzam.


Damian, ambasador kampanii:

Z otyłością zmagam się od najmłodszych lat. Masa ciała, w najgorszym momencie mojego życia, osiągnęła 215 kg. Otyłość nie pozwoliła mi zrealizować wielu marzeń i pasji, jak choćby kajakowanie czy jazda na rowerze.
Obcy ludzie oceniali mnie przez pryzmat mojego wyglądu. Wyzwiska, obrażanie, wyśmiewanie były moją codziennością przez wiele lat. Bardzo mnie to bolało. Miałem poczucie słabości i ograniczeń, które wynikały z choroby, ale nawet wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że otyłość mogła pozbawić mnie życia. To okrutna choroba, która podstępnie niszczy organizm, doprowadzając do kolejnych powikłań.

Otyłość i związana z nią stygmatyzacja, wywarły ogromny wpływ na moją psychikę, ograbiły z godności, pozbawiły poczucia własnej wartości.
Trzy lata temu rozpocząłem leczenie, które uratowało mi życie. Zredukowałem masę ciała o 110 kg, poczułem, że wracają mi siły i zdrowie. Moje możliwości ruchowe poprawiały się z miesiąca na miesiąc. W porozumieniu z lekarzami wdrażałem kolejne formy aktywności. Kiedyś ubierałem się w to, co było dostępne w moim rozmiarze, teraz ubieram się jak chcę. To tak niewiele, a daje tyle radości.

Jednym z moich marzeń był skok ze spadochronem. Choroba mi to uniemożliwiła, ale teraz w końcu mogłem zrealizować ten plan. Leczenie zmieniło nie tylko moje ciało i zdrowie. Zacząłem być akceptowany, lubiany i szanowany przez obcych ludzi. Na przyjaciół i bliskie mi osoby zawsze mogłem liczyć, wspierali mnie w walce z chorobą. Bardzo bałem się leczenia, ale teraz wiem, że była to najlepsza decyzja w moim życiu


Marta, ambasadorka kampanii:

Na chorobę otyłościową choruję, odkąd pamiętam. W szkole byłam obiektem żartów. Nigdy nie zapomnę słów moich rówieśników: „o idzie gruba” albo „idzie ulana”. Byłam wyśmiewana, popychana na korytarzu podczas przerw. Otyłość zabrała mi dzieciństwo, zepchnęła na bok, spowodowała bardzo poważne powikłania. W najbardziej zaawansowanej fazie choroby ważyłam 194 kg, nie miałam siły wstać z łóżka a moje życie było zagrożone.


Otyłość wielokrotnie wywracała moje plany zawodowe do góry nogami. Pamiętam sytuację, że nie zmieściłam się w uniform, który był wymagany przez pracodawcę. To było traumatyczne przeżycie. Choroba podcięła mi skrzydła i doprowadziła do depresji. Unikam ludzi, nie udzielam się w mediach społecznościowych, gdyż nie chcę narażać się na hejt, złośliwe komentarze, wyśmiewanie. Niestety dyskryminacja była wszechobecna w moim życiu. Kiedyś w gabinecie lekarskim usłyszałam, że nie zmieszczę się na fotel, a jak skręciłam kostkę, to lekarz SOR powiedział, że to moja wina, bo jestem za gruba. Nie miałam też wystarczającego wsparcia ze strony mojej rodziny. Słyszałam np.: „lepiej jakbyś była chuda, nie powinnaś tyle żreć”. Te słowa bardzo mnie raniły.

Nie mam przyjaciół. Nie dlatego, że ich straciłam, po prostu nigdy ich nie miałam przez chorobę. W ubiegłym roku podjęłam leczenie, czuję się znacznie lepiej, a wyniki moich badań poprawiają się z każdym miesiącem. Jestem w końcu szczęśliwa, bo wiem, że chorobę otyłościową można leczyć. Daje mi to nadzieję na lepsze jutro.


Michał, ambasador kampanii:

Mam 30 lat choć jeszcze niedawno czułem się jakbym miał 55 lub nawet więcej. Ważyłem 152 kg, byłem porównywany do wieloryba i niedźwiedzia. Choroba zabrała mi młodzieńczą radość życia, nie chodziłem na imprezy, dyskoteki, przyjęcia sylwestrowe itp., bo nie miałem w co się ubrać i bałem się ocen ludzi. Nie chciałem narażać się na żarty, złośliwe komentarze, oceniające spojrzenia.

Rodzina mnie nie rozumiała. Pamiętam świąteczne spotkania i przykre komentarze na mój temat przy stole. Byłem obrażany przez bliskich i przez obcych. Pamiętam takie jedno zdanie, które wbiło się mocno w moje życie: „z takim wyglądem, to nawet ryja bym nie pokazał”. Mam łzy w oczach, bo to była obelga od nieznanej mi osoby. Szybko zostałem oceniony i bardzo boleśnie zraniony.

Doświadczyłem też dyskryminacji zawodowej. Chciałem być masażystą, ale usłyszałem, że otyli masażyści „nie są w cenie”. Przez kolejnych 5 lat podejmowałem różne prace, ale zawsze stykałem się z ogromną stygmatyzacją. Wtedy składałem wypowiedzenie i szukałem nowego miejsca zatrudnienia licząc, że będzie lepiej. Niestety nie było.

Operacyjne leczenie otyłości, które podjąłem, zmieniło zarówno mnie, jak i moje postrzeganie świata. Jestem lżejszy, zdrowszy i w końcu mam siłę, by po prostu normalnie żyć. Niemniej jednak idę przez życie z bagażem, którym obarczył mnie, po udanej operacji, lekarz. Powiedział, że zawsze patrząc w lustro mam o sobie myśleć jak o grubasie, bo to gwarantuje mi sukces leczenia.


Aldona, ambasadorka kampanii:

Choroba otyłościowa pojawiła się u mnie w okresie dorastania i została ze mną do dziś. Walka o utrzymanie każdej ciąży naznaczona była wielomiesięcznym leżeniem i przyjmowaniem hormonów. Po urodzeniu dzieci, mimo że prowadziłam aktywny tryb życia młodej matki, nie mogłam pozbyć się dodatkowych 40 kg. Proste czynności sprawiały mi coraz większą trudność, miałam zniszczone stawy. Ortopeda, do którego udałam się po pomoc powiedział, że nie potrzebuję diagnozy i leczenia, mam po prostu „mniej jeść i więcej się ruszać”.


Z powodu nadmiernej masy ciała czułam się bardzo źle jako matka. Zarzucałam sobie, że moje dzieci nie mają szczupłej, fajnej mamy, że słyszą w szkole: „Twoja mama jest gruba”. Przykre jest to, że nowi znajomi nie poznają mnie na zdjęciach ślubnych. Choroba zrobiła ze mnie innego człowieka. Kiedyś od osoby bliskiej usłyszałam: „ciągle się ruszasz, a nadal jesteś gruba”… Moje bezskuteczne próby redukcji masy ciała oraz znaczące spojrzenia i przykre uwagi od spotykanych osób, powodowały we mnie wzrost frustracji i wywołały ogromne poczucie winy. Choroba zabrała mi poczucie wartości, wdrukowała w psychikę brak sprawczości.


Teraz już wiem, że choruję na otyłość. Rozpoczęłam trudny proces leczenia, pod opieką interdyscyplinarnego zespołu specjalistów. Zrozumiałam, że choroby otyłościowej nie można „odchudzić”, ani też wyleczyć samemu stosując „dobre rady” typu „mniej jedz i więcej się ruszaj”. To początek mojej drogi, ale głęboko wierzę, że leczenie będzie skuteczne.


Agnieszka, ambasadorka kampanii:

Na otyłość choruję od blisko 10 lat. Choroba odebrała mi pewność siebie, zamknęła w domu, odizolowała od normalnego życia. Bałam się spotkań rodzinnych, bo tylko najbliżsi wiedzieli, jak bardzo choroba mi doskwiera. Jednocześnie wiedziałam, że od dalszej rodziny usłyszę szereg dobrych rad typu: „schudnij”, „weź się za siebie”, „przejdź na dietę”. 

Nie czułam się atrakcyjną kobietą, trudno mi było ładnie się ubrać. Szłam do sklepu, mierzyłam kolejne ubrania w coraz większych rozmiarach, które nie wyglądały na mnie dobrze i płakałam w przymierzalni. 

Moim marzeniem były dżinsy, niestety trudno było je dla mnie kupić. Ważyłam 137 kg. Choroba, krok po kroku, niszczyła moje zdrowie i mój optymizm. Otyłość wkroczyła boleśnie w różne aspekty mojego życia, także zawodowe. Pamiętam, gdy w mojej firmie zaplanowano wyjazd integracyjny w góry. Wiedziałam, że będę szła na końcu i nie chciałam prosić, żeby na mnie czekali. Nie pojechałam.

Czułam się gruba, ale nie chora. Odwiedzałam kolejnych dietetyków, stosowałam różne diety, starałam się być aktywna w miarę moich możliwości. Efektu nie było, a ja coraz bardziej cierpiałam i zamykałam się w sobie. Dziś wiem, że niesłusznie się obwiniałam, podjęłam leczenie, które okazało skuteczne. Czuję się zdrowiej i mam nadzieję na lepsze jutro.


Konferencja naukowa o chorobie otyłościowej w Senacie RP.

W dniu 24  maja, w Senacie RP, odbyła się ponad 3-godzinna konferencja naukowa na temat choroby otyłościowej, w ramach posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Badań Naukowych i Innowacji w Ochronie Zdrowia pod przewodnictwem Senator Agnieszki Gorgoń-Komor. 

Partnerem pozarządowym wydarzenia była FLO- Fundacja na Rzecz Leczenia Otyłości. Spotkanie nosiło tytuł „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz.” Jest to jednocześnie hasło kampanii społecznej zainicjowanej przez FLO. W konferencji wzięli udział znakomici eksperci i przedstawiciele pacjentów:

  • prof. dr hab. n. med. Paweł Bogdański, Prezes Past PTLO, Kierownik Katedry i Zakładu Leczenia Otyłości, Zaburzeń Metabolicznych oraz Dietetyki Klinicznej, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  • dr hab. n. med. Mariusz Wyleżoł, Prezes Elekt PTLO, Kierownik Warszawskiego Centrum Kompleksowego Leczenia Otyłości i Chirurgii Bariatrycznej, Szpital Czerniakowski w Warszawie
  • dr. n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, Dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego oraz Dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, wiceprzewodnicząca Rady Narodowego Funduszu Zdrowia.
  • Katarzyna Głowińska, pacjentka i Prezes FLO – Fundacji na Rzecz Leczenia Otyłości

Link do zapisu konferencji: https://www.facebook.com/SenatRP/videos/472350708596583


Otyłość to choroba, którą powinno się leczyć

Otyłość to choroba, którą powinno się leczyć. Wspólnie z nami mówią o tym w Senat Rzeczypospolitej Polskiej dr n.med. Agnieszka Gorgoń-Komor – Senator RP i Alicja Łepkowska – Gołaś z Parlamentarnego Zespołu ds. przeciwdziałania otyłości i zdrowego odżywiania. Cieszymy się, że mamy takie wsparcie. Otyłość dotyka już 9 milionów Polaków i to jest dzień, w którym powinniśmy poważnie zastanowić się nad działaniami systemowymi- jak pomóc pacjentom, jakie podjąć kroki, żeby zmienić ich sytuację i wesprzeć w leczeniu, jak zahamować rozwój choroby otyłościowej. Dziś razem budujemy świadomość i edukujemy w kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”.

Serdecznie dziękujemy za wsparcie.

#otyłośćtochoroba#lecznieodchudzaj#chorujęnaotyłość


Informacja Prasowa. Europejski Dzień Walki z Otyłością.

„Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz.”, to hasło kampanii społecznej zainicjowanej przez FLO -Fundację na Rzecz Leczenia Otyłości. Celem kampanii jest zwiększenie świadomości społecznej na temat choroby otyłościowej, przeciwdziałanie stygmatyzacji i dyskryminacji pacjentów oraz zwrócenie uwagi na konieczność podjęcia działań systemowych na rzecz diagnozowania i kompleksowego leczenia tej ciężkiej, nawracającej i stanowiącej zagrożenie dla życia choroby.


Uroczysta Inauguracja Kampanii Społecznej: „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”. w Senacie RP

Uroczysta inauguracja kampanii społecznej: „Otyłość to choroba, nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz.”, miała miejsce w Senacie RP. 

Z tej okazji odbyło się spotkanie pacjentów chorujących na otyłość z Marszałek Senatu RP – Małgorzatą Kidawą-Błońską oraz dr n. med. Agnieszką Gorgoń-Komor- Senator RP,  z udziałem:, prof. Lucyny Ostrowskiej – prezes PTLO, prof. Beaty Matyjaszek-Matuszek – wiceprezes PTLO, Marka Augustyna – wiceprezesa NFZ, Katarzyny Głowińskiej – Prezes FLO – Fundacja na rzecz Leczenia Otyłości, Pawła Obermeyera Prezesa Szpitala Czerniakowskiego oraz bohaterów wystawy. 

To było merytoryczne spotkanie o sytuacji chorych na otyłość w Polsce i konieczności wprowadzenia zmian systemowych w tym obszarze.

OTWARCIE WYSTAWY „NIE OCENIAJ MNIE! TO NIE MOJA WINA. #CHORUJĘ NA OTYŁOŚĆ.” i Konferencja Prasowa w Senacie RP

W dniu 22 maja o godz. 14.00 gdzie odbyło się otwarcie wystawy edukacyjnej pod nazwą „Nie oceniaj mnie! To nie moja wina. #Choruję na otyłość.”, połączone z konferencją prasową.  Otwarcia dokonała dr n. med. Agnieszka Gorgoń-Komor – Senator RP. Głos zabrali: Wojciech Konieczny – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Zdrowia, prof. dr hab. n. med. Lucyna Ostrowska – Prezes PTLO, prof. dr hab. n. med. Beata Matyjaszek- Matuszek – Wiceprezes PTLO, i Katarzyna Głowińska – pacjentka i Prezes FLO – Fundacji na rzecz Leczenia Otyłości. Warto zaznaczyć, że po raz pierwszy w Polsce Parlament otworzył drzwi dla pacjentów chorujących na otyłość. Zdjęcia pacjentów: fot. Olga Rainka.










Zapraszamy do obejrzenia zapisu z otwarcia wystawy – „Nie oceniaj mnie! To nie moja wina. #Chorujęnaotyłość”.

Wystawa „Nie Oceniaj Mnie! To nie moja wina. #CHORUJĘ NA OTYŁOŚĆ.” Eksponowana podczas nocy muzeów.

Wystawa była elementem Nocy Muzeów w Senacie w dniu 18 maja, dzięki czemu przekaz dotarł do bardzo szerokiej publiczności. Senat odwiedziło ponad 2500 osób. 

Informacja o wystawie i kampanii została zamieszczona na stronie internetowej Senatu w zapowiedzi Nocy Muzeów: 

Link: https://www.senat.gov.pl/aktualnoscilista/art,16198,noc-muzeow-w-sejmie-i-senacie.html

Zdjęcia pacjentów: fot. Olga Rainka


Instalacja Wystawy „Nie oceniaj mnie! To nie moja wina. #Choruję na otyłość.” W SENACIE RP

W dniu 16 maja 2024 r.,  w Senacie RP, zainstalowana została wystawa pt.: „Nie oceniaj mnie! To nie moja wina. #Choruję na otyłość.”, w ramach kampanii społecznej: „Otyłość to choroba, nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”. Wystawa powstała za zgodą i dzięki uprzejmości Marszałek Senatu RP- Małgorzaty Kidawy-Błońskiej i na wniosek Senator RP, dr n.med. Agnieszki Gorgoń – Komor, zastępcy przewodniczącej Komisji Zdrowia. 


Partnerzy kampanii


Patronaty i partnerzy społeczni kampanii


Logo kampanii społecznej: „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz.”