Ambasadorzy Fundacji - Społeczni Rzecznicy Pacjentów Chorych na Otyłość

#FLOwersi

Filip - pacjent, Ambasador kampanii "Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz".

Nazywam się Filip Mettler, mam 32 lata i nie będzie przesadą, jeśli powiem, że niemal 25 z tych 32 lat życia dotyczył mnie temat choroby otyłościowej.
Z nadmiarem kilogramów zmagałem się właściwie od wczesnego dzieciństwa.

O tzw. „skłonnościach do tycia” w mniej lub bardziej niewybredny sposób informowali mnie od zawsze członkowie rodziny, znajomi, koledzy i koleżanki z klasy, a także lekarze i nauczyciele wf. Sam zresztą też widziałem, że wyglądam inaczej niż mój młodszy o 2 lata brat, a później również młodsza o 6 lat siostra. Mimo że żyliśmy w tym samym domu, jedliśmy te same posiłki i – z czystą uczciwością – mieliśmy tyle samo ruchu, moje ciało od zawsze wyglądało inaczej.

Te „paskudne boczki”, przez które od podstawówki musiałem nienaturalnie wyciągać ze spodni białą koszulę na występy i apele, aby się na nich nie opinała; te szyte na miarę u krawca spodnie, który raczył mnie komentarzami o przesadnej „pulchności”; te powitania od wujków, cioć czy dziadków w stylu „dobrze sobie wyglądasz”; czy żarty z cyklu „gruby na bramkę” były moją codziennością. Nie analizowałem tego tematu z psychoterapeutą ani psychologiem, ale jestem przekonany, że musiały one mieć wpływ na to, kim jestem dziś i jak funkcjonuje mój mózg, mimo że powierzchownie zawsze broniłem się (i do dziś to robię) ogromnym dystansem do siebie oraz obśmiewaniem problemu.

W wieku 13 lat opuściłem dom rodzinny, rodzinne miasto – Jarocin – i wyprowadziłem się do szkoły z internatem w Poznaniu. Chciałem bowiem kontynuować naukę gry na skrzypcach w szkole muzycznej drugiego stopnia. W wieku nastoletnim mój problem pączkował, a ja razem z nim :). Nie było mowy oczywiście o zdrowej diecie ani o świadomości zdrowego odżywiania, (bursowskiej kuchni daleko było do gwiazdki Michelin) jednak razem z koleżankami, które tak jak ja w tym wieku przechodziły różne „wagowe perypetie”, co jakiś czas lądowaliśmy na kolejnej diecie-cud i odchudzaniu, które raz dawało, a raz nie dawało skutku. Odchudzanie, otyłość i „za wiele kochanego ciałka” zawsze były ze mną. Niestety jadłem za dużo. Wiem to teraz, ale kiedyś nie wiedziałem. Nie wiedziałem też, dlaczego mam ochotę na kolejną dokładkę, kiedy inni mieli dość.

W wieku 18 lat, kiedy bardzo ważnym aspektem stał się wygląd, poczułem ogromną determinację do zmiany i przeszedłem na moją pierwszą „dietę-cud”, którą spisałem w pliku Word. Kiedy w cztery miesiące schudłem na niej 30 kg, stając się pierwszy raz w życiu szczupłym, radośnie rozsyłałem ten „przepis na fit ciało” innym. Dziś ciężko mi patrzeć na tę – jak ją wtedy nazwałem – „Dietę Mettlera”, bo nie była ona przepisem na zdrowie i fit sylwetkę, lecz jedynie na efekt jojo. Śniadanie złożone z pomidora i jednego chleba Wasa, nektarynka na drugie śniadanie, kalafior i ugotowane udko z kurczaka bez skóry na obiad, szklanka maślanki lub serek wiejski na podwieczorek oraz sałatka z kiszonego ogórka, pomidora i cebuli na kolację – to nie jest zbilansowana dieta dojrzewającego mężczyzny, a tak wyglądał jeden z trzech przykładowych dni na tej diecie. Żyłem tak przez niemal dziewięć miesięcy.

Później stopniowo wracałem do innego odżywiania, jednak pilnując wagi jak opętany. Pamiętam, że kiedy poszedłem na studia, najbardziej cieszyła mnie waga po całonocnej imprezie, kiedy odwodniony po alkoholu człowiek ważył o 0,5 kg mniej niż dzień wcześniej…

W 2013 roku, w wieku 19 lat, w moim życiu doszło do rewolucji. Wziąłem udział w popularnym talent show (X Factor), w którym powiodło mi się całkiem dobrze. Mimo, że wagowo to był zdecydowany „prime of my life” i tak jeden z jurorów pozwolił sobie nazwać mnie serdelkiem, dodając, że trochę grubo wyglądam, co wtedy obróciłem w żart, jednocześnie zadając sobie pytanie – w takim razie co jeszcze muszę zrobić, żeby wyglądać „normalnie”? Po programie zacząłem koncertować i podróżować – zmienił się całkowicie mój tryb życia, a wraz z nim dieta. Tyłem. Zacząłem przybierać szybciej niż zdążyłem zauważyć. Pierwszym symptomem zmian była uwaga od stylistki w programie, że nie mieszczę się już we wcześniej zadeklarowany rozmiar S koszul i muszę założyć wyszczuplającą bieliznę, bo innych dla mnie nie mają. Żeby obrócić to w żart, strzelałem nią radośnie spod koszuli, obśmiewając temat zanim ktoś inny to zrobi.

Przybywało mnie w zastraszającym tempie, aż w końcu usłyszałem uwagę, że moje koncerty nie mają prawa się sprzedawać, bo jestem za gruby. Nie zabolało mnie to wtedy (a przynajmniej tak mi się wydawało), bo teoretycznie „znałem swoją wartość”. Faktycznie jednak moja wokalna kariera przez ten – to chcę mocno podkreślić – i wiele innych powodów, zakończyła się po niemal dwóch latach. Wraz z nią zakończyła się też determinacja, aby wyglądać lepiej – nie była ona stała, lecz incydentalna, jak w nastoletnim wieku.

Lubię jeść i gotować. Podróże, święta, spotkania – wszystko jest dzięki jedzeniu, nomen omen, lepsze. Odpuściłem sobie wieczne pilnowanie i mimo kilkukrotnych incydentów siłowniano-dietetycznych, dzięki którym chudłem po 10, 20, 25 kilogramów, zawsze wracałem do wagi wyjściowej z 30% nawiązką.

Very long story short – w 2024 roku w samolocie pas musiał być już maksymalnie poszerzony, a o przedłużkę nie prosiłem jedynie ze wstydu (cały lot do Grecji na wciągniętym brzuchu w lowcostowej linii lotniczej to wymarzony początek wakacji :)). Szukanie spodni było katastrofą. Miałem swój ulubiony zestaw sieciówek, w których sporadycznie pojawiały się spodnie XXL, a koszulki oversize były idealnie długie, żeby zakrywać opadający coraz niżej brzuch. Zara była sklepem, do którego nawet nie wchodziłem. Wiecie – zaniżona rozmiarówka dla chuderlaków :). Ale hej! Przecież nadal kupuję w H&M, Bershce i innych sieciówkach „dla normalnych” – znaczy, jeszcze nie jest tak źle! Niestety – było.

Choroby współistniejące z otyłością zacząłem kolekcjonować niczym filatelista znaczki pocztowe (wymyśliłem to porównanie na Instagramową rolkę i wszędzie je teraz powtarzam :D). Moi rodzice zamartwiali się o mnie, kiedy co chwilę informowałem o kolejnej wizycie u lekarza, z kolejną dziwną dolegliwością: IBS, bezdech senny, dna moczanowa, insulinooporność, problemy z kręgosłupem, okropne rozstępy, ból stóp i wszystkie buty „zdeptane do środka”, a do tego depresja i nerwica lękowa. Idealny zestaw, aby bez pomocy lekarskiej już nigdy nie schudnąć.

Wtedy moja mama, bardzo ostrożnie (bo od dziecka bardzo alergicznie reagowałem na wszelkie jej wzmianki o tym, że już czas wziąć się za siebie i coś z tym zrobić), poinformowała mnie, że znalazła program KOS-BAR. Dla świętego spokoju, wiedząc jak wytrwała jest z niej kobieta i że będzie mi tak „truć” przy każdej rozmowie, łaskawie zgodziłem się udać na wizytę do Profesora Wyleżoła. „Najwyżej zrobią mi za darmo dużo badań i będę wiedział, co mi jest” – pomyślałem.

Ta wizyta i podejście Profesora zmieniły wszystko. Dokładnie opisał mi, czym jest choroba otyłościowa – ba, dopiero od tego momentu nie mówię „otyłość”, a „choroba otyłościowa”. Wytłumaczył mi, dlaczego operacja i tak drastyczne środki są konieczne, aby się leczyć. Postanowiłem przystąpić do programu i trzy miesiące później, 20 grudnia 2024 roku, leżałem już na stole operacyjnym. Przystąpienie do programu i determinacja z jaką zacząłem do niego podchodzić, a później operacja, zmieniły wszystko.

Całkowita zmiana trybu życia, deficyt kaloryczny, świadomość tego, co i ile jem, a dzięki operacji w końcu zdrowa relacja z jedzeniem. Ciastka nie mówią już do mnie ze stołu „weź mnie”, a kolejna porcja śledzików nie wydaje się atrakcyjna. To wszystko sprawiło, że dziś, 15 października 2025 roku, kiedy piszę do Was te słowa, jestem o 63 kilogramy lżejszym człowiekiem, a w szafie mam kilkanaście par spodni z Zary w rozmiarze S.

Odkładając jednak żarty na bok – nie te spodnie, ubrania i wygląd są najlepszą puentą mojej historii na dziś. Jest nią to, że od stycznia nie miałem ani jednego napadu dny moczanowej. Aparat CPAP na bezdech senny leży nieużywany w szafie, nie mam już insulinooporności i w końcu nie boli mnie brzuch (IBS zniknął…). To jest najważniejsze. I to, że wróciłem do swoich pasji. Znów śpiewam! Wychodzę na scenę, możecie mnie nawet oglądać w najnowszej edycji The Voice of Poland! Cieszę się muzyką i bardzo chcę, żeby ta przydługa opowieść zdeterminowała choć jedną osobę do walki o siebie. Osobę, której wydaje się – jak mi 10 miesięcy temu – że już nie ma ratunku. Nigdy nie działały na mnie te foteczki „przed i po”, bo nie wierzyłem, że może mi się udać. Warto wierzyć!

Wiem też jednak, że choroba otyłościowa, z uwagi na swą przewlekłość, jest i będzie ze mną zawsze. Żyję w ciągłym lęku, że przytyję i to wcale nie jest koniec mojej walki. Tak jak alkoholicy, my, osoby z chorobą otyłościową, musimy nauczyć się oswajania tego potwora i wytresować go, żeby to nie on zarządzał naszym życiem, ale my nim. Uczę się tego codziennie – może nauczymy się razem?

Kamila - pacjentka, Ambasadorka Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”

Sport towarzyszył mi od dziecka. Woda zawsze była moim żywiołem – trenowałam pływanie w klasie sportowej i zdobyłam uprawnienia ratownika WOPR. Nigdy nie byłam bardzo szczupła, ale byłam zdrowa i sprawna.

Wszystko zaczęło się zmieniać po ciąży. Tarczyca przestała prawidłowo funkcjonować, a diagnoza choroby Hashimoto wywróciła moje życie do góry nogami. Pomimo podejmowanego wysiłku pojawiły się ”nadmierne kilogramy.”

Potem wydarzył się wypadek samochodowy. Złamane żebra, uraz kręgosłupa szyjnego, mnóstwo potłuczeń – to wszystko wyłączyło mnie z aktywności na długie miesiące. Ból i ograniczenia ruchowe były ogromnym ciężarem nie tylko fizycznym, ale i psychicznym. Spowodowały też że masa mojego ciała jeszcze bardziej wzrosła.
Na co dzień pracuję za biurkiem, a dojazdy 40 km samochodem do pracy dodatkowo ograniczały moje możliwości ruchu- to była za długi dystans na spacer czy rower. Nim się obejrzałam, choroba otyłościowa zaczęła przejmować kontrolę nad moim życiem. Próbowałam wszystkiego – diet, ćwiczeń, wyrzeczeń, leków –nic nie działało na dłuższą metę. Z czasem brakowało mi sił, żeby dalej walczyć.

W końcu podjęłam jedną z najważniejszych decyzji w moim życiu – postanowiłam skorzystać z profesjonalnej pomocy medycznej. Zgłosiłam się do programu leczenia choroby otyłościowej KOS-BAR. Trafiłam na cudownych ludzi i Profesora, który jako pierwszy naprawdę mnie wysłuchał i zrozumiał z czym się mierzę, a ja dowiedziałam się, że choruję na otyłość i potrzebuję opieki i leczenia specjalistycznego.

Dziś wiem, że otyłość to choroba. Nie efekt lenistwa, nie brak silnej woli. To choroba, którą trzeba leczyć zgodnie z najnowszą wiedzą medyczną, ale też z troską, szacunkiem dla pacjenta i zrozumieniem z czym się mierzy.
Jestem na początku tej drogi, ale pierwszy raz od dawna czuję, że nie jestem w niej sama.

Michał: pacjent, Ambasador Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”

Od dziecka byłem bardzo drobny. Moja mama dosłownie „ganiała” mnie z kanapkami po boisku do piłki nożnej, bo dla mnie wtedy liczyła się tylko gra. Sport i aktywność fizyczna były moim całym światem. Z czasem dołączyłem do Ochotniczej Straży Pożarnej – pomaganie innym ludziom stało się dla mnie tak samo ważne jak ruch.

Problemy z „nadmiernymi kilogramami” zaczęły się dopiero później, kiedy zacząłem pracować na nocne zmiany. Zmęczenie, stres i brak czasu na regularny ruch zrobiły swoje. A potem wydarzył się wypadek samochodowy, który wywrócił moje życie do góry nogami.

Przez prawie dwa lata byłem ograniczony ruchowo. Nie mogłem ćwiczyć, nie mogłem funkcjonować tak, jak zawsze. W tym czasie rozwinęła się u mnie choroba otyłościowa. To nie była kwestia wyboru – to był efekt wielu trudnych okoliczności, które mnie przerosły.

Dziś, mimo że robię dziennie ponad 20 000 kroków, moja waga stoi w miejscu. W pewnym momencie zrozumiałem, że sam już sobie nie poradzę – że potrzebuję profesjonalnego wsparcia.
Zgłosiłem się do Szpitala Czerniakowskiego. Umówiono mnie na konsultację z Profesorem. Od tej chwili wiem, że jestem we właściwym miejscu. Ktoś w końcu spojrzał na mnie jak na człowieka walczącego z chorobą, a nie jak na kogoś, kto „nie ma silnej woli”.
Moja nowa droga właśnie się zaczęła. Wierzę, że to początek mojego nowego, lepszego życia – życia, w którym nie jestem sam i w którym moje zdrowie jest w rękach ludzi, którzy naprawdę rozumieją, czym jest choroba otyłościowa.

Ewelina - pacjentka, Ambasadorka kampanii "Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz".

Mam 32 lata. Otyłość nie pojawiła się w moim życiu nagle – była jak cień, który rósł razem ze mną. Od nastoletnich lat zmagałam się z zaburzeniami odżywiania i przewlekłą depresją. Z czasem dołączyły do tego problemy z płodnością. Przeszłam dwie procedury wspomaganego rozrodu, zanim zostałam mamą. Dziś jestem szczęśliwą mamą trójki dzieci – każde z nich to osobna historia, osobna ciąża, osobny cud.

Po pierwszej ciąży pojawiła się otyłość I stopnia. Po trzeciej – już otyłość III stopnia. Moja waga nie chciała spadać, a organizm coraz głośniej krzyczał, że coś jest nie tak.

W dniu moich 30. urodzin trafiłam do szpitala MSWiA w Warszawie. W stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Wtedy po raz pierwszy ktoś wypowiedział głośno diagnozę, której wcześniej nikt nie chciał postawić: otyłość. I to był początek czegoś nowego.

W lipcu 2023 roku rozpoczęłam leczenie. Nie dietę, nie kolejne „próby schudnięcia”, ale prawdziwe leczenie choroby.

Dziś jestem 51 kilogramów lżejsza. Ale ważniejsze jest to, że odzyskałam siebie – swoje zdrowie, sprawczość, życie. Moje ciało przestało być moim wrogiem. Otyłość i jej powikłania są w remisji. I choć droga nie była łatwa, wiem, że warto było ją przejść.

Chcę być głosem dla tych, którzy wciąż czekają, aż ktoś potraktuje ich historię poważnie. Bo otyłość to choroba. I można ją leczyć.

Joasia: pacjentka, Ambasadorka Fundacji i kampanii „Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz”

Moja walka o zdrowie i lepszą wersję siebie to podróż, która zaczęła się dekadę temu i wciąż trwa. W 2014 roku przy wzroście 165cm ważyłam 125 kg. Nigdy nie byłam osobą szczupłą, ale lata 2010–2014 przyniosły dramatyczny wzrost masy ciała – z 80 kg do 125 kg.

Przyczyną były niezdiagnozowane choroby, które wpędziły mnie w depresję, kompulsywne jedzenie, poczucie beznadziei i brak energii do życia. Każdy dzień był walką, w której z góry czułam się skazana na porażkę. Miałam wrażenie, że nikt nie potrafi mi pomóc, a moje zdrowie i szczęście wymykają się z rąk.

Przełom nastąpił w 2015 roku, kiedy trafiłam na lekarza specjalistę, który wreszcie postawił trafną diagnozę. To był moment, który zmienił wszystko. Od tego czasu rozpoczęłam swoją walkę – powolną, bolesną, pełną prób i błędów. Nie było łatwo. Musiałam nauczyć się od nowa swojego ciała, zrozumieć, co mi służy, a co szkodzi. Każdy kilogram mniej był kolejną wygraną bitwą. Każdy dzień, w którym udało mi się wstać i podjąć próbę, był krokiem naprzód.

Droga do zdrowia i samoakceptacji nie była prosta, ale nauczyła mnie jednego: wszystko zaczyna się w głowie. To my decydujemy, jak będzie wyglądać nasza przyszłość – choć często nie jesteśmy w stanie przejść tej drogi bez odpowiedniego wsparcia. Uważam, że w przypadku choroby otyłościowej ogromne znaczenie ma nasze nastawienie psychiczne. To, jak podchodzimy do zdrowia, procesu „odchudzania”, ale też – jak umiemy współpracować ze specjalistami, nawet po postawieniu trafnej diagnozy. Kiedy zdiagnozowano u mnie ciężką insulinooporność, zbliżającą się do stanu przedcukrzycowego, rozpoczęłam pracę z psychoterapeutą. Zrozumiałam wtedy, jak ogromną moc ma nasz umysł. Często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale bez pracy nad emocjami i mechanizmami, które kierują naszymi zachowaniami, trudno mówić o trwałych zmianach.

Znam przypadki osób, które – mimo operacji bariatrycznych i leczenia farmakologicznego – wróciły do poprzedniej wagi. Dlaczego? Bo nie przepracowały przyczyn swojego jedzenia, nie zajęły się sferą psychiczną. W moim przypadku wszystko zaczęło się w głowie. Kompulsywne jedzenie było dla mnie sposobem na ucieczkę, na uciszenie emocji. To ono napędzało spiralę otyłości. A przecież otyłość, podobnie jak alkoholizm czy uzależnienie od nikotyny, ma silny komponent psychiczny. Z tą różnicą, że jedzenia nie da się całkowicie unikać – musimy nauczyć się żyć tak, aby to jedzenie nas karmiło, a nie niszczyło. Dlatego, mimo że udało mi się wiele osiągnąć, od lat stale pracuję nad sobą z doświadczonym terapeutą. Bo wiem, że to proces. Że zdrowie i równowaga psychiczna to codzienne wybory, a nie jednorazowy wysiłek. Zaczęłam też regularnie ćwiczyć. To, co kiedyś było dla mnie karą, z czasem stało się moją pasją i też sposobem na odnalezienie siebie

Dziś, w 2025 roku, wiem, że choć osiągnęłam wiele, to moja podróż się nie kończy. Moje zdrowie to proces, a nie cel. Cieszę się każdym dniem, każdym sukcesem i każdą lekcją, którą daje mi życie. Mam nadzieję, że moja historia – jeśli pomoże choć jednej osobie, która zdecyduje się zawalczyć o siebie – da mi poczucie podwójnej wygranej. Pamiętajcie: najważniejsze to się nie poddawać. Droga może być długa i trudna, ale nagroda – nowe życie – jest warta każdego wysiłku.

Ania - pacjentka, Ambasadorka kampanii "Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz".

Od dziecka zmagałam się z nadwagą i nie byłam osobą szczególnie aktywną fizycznie. Mimo to lubiłam przebywać wśród ludzi i chętnie angażowałam się w życie społeczne.

Choroba otyłościowa rozwijała się u mnie przez wiele lat. W 2019 roku po urodzeniu dzieci ważyłam 136 kg. Miałam nadciśnienie i insulinooporność. Wtedy postanowiłam poszukać pomocy u lekarza. Z polecenia koleżanki odwiedziłam diabetologa-endokrynologa i wtedy usłyszałam, że otyłość się leczy. Pierwszy raz ktoś otwarcie zapytał, czy nie chciałabym rozważyć leczenia bariatrycznego. Wcześniej lekarze ograniczali się do rad: „proszę mniej jeść i więcej się ruszać”.

Zaczęłam szukać w swoim mieście ośrodków specjalizujących się w leczeniu bariatrycznym. Po wstępnej konsultacji dowiedziałam się, że czas oczekiwania na operację jest długi. Wkrótce wybuchła pandemia przez co na zabieg czekałam niemal 1,5 roku.

W czerwcu 2021 przeszłam operację bariatryczną metodą Sleeve Gastrectomy (rękawowa resekcja żołądka), która zapoczątkowała proces powrotu do zdrowia. W ciągu 8 miesięcy zredukowałam masą ciała o ponad 50 kg. Wsparcie specjalistów – dietetyka i psychologa – pozwoliło mi wypracować zdrowe nawyki i zadbać o dobre samopoczucie. Ustąpiło nadciśnienie, a insulionooporność się wycofała.

Kolejne wyzwania pojawiły się w 2023 roku, kiedy ze względu na nasilające się dolegliwości, zdecydowałam się na usunięcie pęcherzyka żółciowego. Wkrótce po tej operacji zmagałam się z refluksem żołądkowo-przełykowym, który przez dwa lata powodował codzienną zgagę i nadżerki w przełyku. Pomimo stosowania diety i leczenia farmakologicznego, objawy utrudniały życie, a konieczność spożywania „lekkich” posiłków spowodowała przyrost masy ciała o 10 kg. Ostatecznie, po konsultacji medycznej, podjęto decyzję o przeprowadzeniu operacji gastric bypass – w czerwcu 2025 roku

Obecnie jestem na drodze do zdrowia, straciłam 10 kolejnych kilogramów. Nieustannie pracuje z psychologiem, dietetykiem oraz dbam o utrzymanie odpowiedniego poziomu aktywności fizycznej. 

Odzyskałam energię i poczucie sprawczości. Mogę być wsparciem dla bliskich, bo zadbałam o siebie. Równocześnie rozwijam karierę i od 2021 roku poczyniłam znaczące postępy w sferze zawodowej.

Aleksandra - pacjentka, Ambasadorka kampanii "Otyłość to choroba. Nie oceniaj, nie odchudzaj, tylko lecz".

Moja choroba otyłościowa na dobre zaczęła się po trzydziestym roku życia, kiedy zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy. Ale tak naprawdę ta historia zaczęła się dużo wcześniej.

Mama często powtarzała, że w przedszkolu wołano na mnie „ta najmniejsza i ta najchudsza”. Ale po tym okresie, dodatkowe kilogramy towarzyszyły mi już przez całe życie.

W podstawówce i w liceum nie było jeszcze tak źle. Miałam już nadwagę, ale na szczęście również zamiłowanie do sportu. Ze znajomymi bywało różnie. Byli tacy co mnie akceptowali i mój wygląd nie miał dla nich żadnego znaczenia, ale zdarzali się i tacy, co mieli niestety wpływ na moją samoocenę i poczucie własnej wartości. To powodowało, że już od podstawówki wstydziłam się pokazywać na basenie w kostiumie kąpielowym. Natomiast na siłowni, zamiast skupić się na ćwiczeniach, przejmowałam się złośliwymi uwagami i tym, jak bardzo jestem oceniana.

Na szczęście miałam wsparcie w rodzinie, szczególnie w mojej starszej siostrze. Ona również zmaga się z tą chorobą. Razem, od zawsze wspieramy się w walce z dodatkowymi kilogramami.

W końcu przyszedł czas wkroczenia w dorosłość. Co to oznaczało dla mojej wagi? A to, że witaj praco siedząca, witajcie dodatkowe kilogramy! I chociaż bardzo nie chciałam ich zapraszać do swojego życia, to one tego nie rozumiały. Próbowałam się ich pozbyć pasją do tańca orientalnego (tam przynajmniej mówili, że trochę dodatkowego ciała, to tylko atut), udało mi się przejść przez dietę kopenhaską, kapuścianą, Dukana… Ale dla wtajemniczonych, myślę że wiecie czym to się kończyło. Przez chwilę było fajnie, kilogramy się zmniejszały, żeby po miesiącu czy dwóch, znów wyskoczyły w górę jak z procy i to ze zdwojoną siłą…

Z wiekiem było coraz trudniej. A zwłaszcza po przekroczeniu wspomnianej trzydziestki. Wtedy powiedziałam dzień dobry niedoczynności tarczycy oraz insulinooporności. A już rok później przywitałam jeszcze dodatkowe 20 kg. Myślałam, że już się poddam w tej nierównej walce. Porady dietetyków, z którymi wówczas miałam kontakt, tylko dodatkowo mnie dołowały. Pięć zbilansowanych posiłków dziennie i regularne ćwiczenia. Brzmi prosto, prawda? Ale czy znacie chociaż jedną osobę, która regularnie prowadzi taki tryb życia? A wymaga się tego od osoby, która ma ewidentnie zaburzenia żywienia???   

Próbowałam, naprawdę! I to jeszcze przez 2 lata!!! Bo miałam silną motywację.  Marzyłam o dziecku. Lekarz ginekolog poinformował mnie, że teraz to nie jest czas na odchudzanie i głodówki, bo właśnie przez to organizm będzie za słaby, żeby zajść w ciążę. Wiec jadłam zdrowo, liczyłam kalorie, chodziłam regularnie na basen. Przez 2 lata schudłam… 2 kg. Ale to już nie było dla mnie ważne, bo w końcu przywitaliśmy na świecie moją ukochaną córeczkę, a później drugą. Tylko że ciąża uruchomiła kolejną lawinę chorób towarzyszących otyłości. Była cukrzyca ciążowa, nadciśnienie tętnicze, duże problemy z kręgosłupem, początki astmy (a już była przecież insulinooporność i niedoczynność tarczycy).

Chwilami byłam załamana, nawet bardzo. Patrzyłam na moje dzieci i wiedziałam, że chcę być przy nich – aktywna, uśmiechnięta, pełna energii. A ja czułam w sobie złość do samej siebie, że nie umiem sobie poradzić z otyłością. Lekarze powtarzali w kółko to samo: „Musi Pani schudnąć”. Ale jak??? Słyszałam zarzuty, że brakuje mi silnej woli, że się nie staram. Nie słyszałam jednak nic, co naprawdę mogłoby mi pomóc. Straciłam wiarę i przestałam szukać pomocy.

Przełom nastąpił dopiero po przeprowadzce do małej miejscowości. Trafiłam na lekarkę, która pierwszy raz powiedziała mi coś, co zmieniło wszystko: „Pani choruje na otyłość. Otyłości się nie odchudza – otyłość się leczy”. To było jak otwarcie drzwi, których wcześniej nie widziałam.

Dowiedziałam się o programie KOS-BAR. Na początku bałam się – czy to naprawdę już czas na operację bariatryczną? Czy to moja ostatnia szansa? W szpitalu wyjaśniono mi wszystko. Zrozumiałam, że to nie tylko kwestia wagi, ale ratowania zdrowia i życia.

Dzięki leczeniu farmakologicznemu schudłam 14 kg. Pięć miesięcy po operacji bariatrycznej mam już następne 20 kg mniej. To łącznie ponad 30 kg! Różnica jest nie do opisania. Czuję się młodsza o 15 lat. Mam energię, wróciłam do sportów, które już dawno skreśliłam.

Ale co najważniejsze – odzyskałam nadzieję. Teraz, gdy zdarzy mi się gorszy dzień, nie mam w sobie poczucia porażki. Po prostu idę dalej. To jest właśnie ta różnica – leczenie daje siłę, której wcześniej nie miałam.

Wciągnęłam w tę przygodę całą rodzinę. Razem ćwiczymy, gotujemy, uczymy się zdrowych nawyków. Cieszę się każdym dniem i życzę sobie, by ta energia trwała jak najdłużej.

Bo dziś już wiem – z otyłością nie walczy się samotnie. Można ją leczyć. A życie po operacji, jest dla mnie o wiele piękniejsze i teraz jest lepiej, niż mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić.

Paulina - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Z nadwagą i chorobą otyłością walczę od początku podstawówki. Dodatkowe kilogramy dla 9-cio letniej dziewczynki to nękanie, wyzwiska i brak poczucia bezpieczeństwa, które powoli zabierają pewność siebie i powodują zamknięcie przed światem. 

W wieku nastoletnim zaczęły się diety, wyprobowałam każdą, na którą akurat była moda w internecie. W wieku 22 lat schudłam 37 kilogramów. W 4 miesiące. Zniszczylam sobie całkowicie metabolizm, efekt jojo pojawił się prawie od razu, przez 10 lat walczyłam chudnąc i tyjąc, głodząc się i objadając na zmianę. W walce z kilogramami nie pomogła też depresja, która nawracała regularnie, aż w wieku 32 lat zdiagnozowano u mnie zespół Aspergera i ADHD. W ostatnich latach depresja uderzyła z ogromną siłą, a kilogramów przybyło. Zaczęły się problemy sercowe, nerwice, straciłam chęć do życia… Ale w końcu postanowiłam sięgnąć po pomoc. Złapałam się ostatniej deski ratunku. Postanowiłam zawalczyć o zdrowie i życie. Zaufałam lekarzom, Fundacji i osobom, które wspierają mnie w walce z chorobą.”

Ania - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Mam na imię Ania, mam 39 lat i jestem mamą trójki dzieci. Otyłość nie pojawiła się u mnie nagle, to była długa, pełna trudów podróż, której początki sięgają dzieciństwa. Od najmłodszych lat zmagałam się z nadwagą.

Z biegiem lat kilogramy przybywały, najpierw powoli, potem coraz szybciej, zwłaszcza po urodzeniu pierwszego dziecka. Kolejne ciąże (trzy cudowne momenty w moim życiu) sprawiły, że moje ciało i zdrowie powiedziały „dość”. Po trzeciej ciąży wiedziałam, że muszę działać, nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla moich dzieci. 

Chciałam być przy nich, aktywna, radosna, zdrowa, nie obciążona lękiem, zmęczeniem i poczuciem winy. Zaczęłam szukać pomocy. Zrozumiałam, że otyłość to nie „brak silnej woli”, a przewlekła choroba metaboliczna, która wymaga leczenia i wsparcia. Z pomocą specjalistów: lekarza, dietetyka, psychologa oraz fundacji wykonałam pierwszy krok ku zdrowiu. 

Dziś jestem ambasadorką Fundacji FLO i zaangażowałam się w misję, by:

· pokazywać, że otyłość to choroba, a nie wstydliwy sekret;

· wspierać tych, którzy czują, że zostali sami;

· edukować, że leczenie jest możliwe i realne.

Moja droga się nie kończy, bo wiem, że to długi proces. Ale dziś mam więcej pewności siebie, więcej siły i więcej nadziei. Wierzę, że mój głos może pomóc choć jednej osobie powiedzieć: „Nie jestem sama. Muszę działać, dla siebie i dla tych, których kocham.”

Agnieszka - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Jestem pacjentką chorującą na chorobę otyłościową. Jestem mamą wspaniałej córki Nadii, żoną, specjalistką od organizacji imprez kulturalnych, wokalistką zespołu EnergiA, trenerką fitness oraz twórczynią projektu „Jest Kobieta, Jest Siła”. Działam także społecznie między innymi jako liderka Fundacji Siła, wspierającej osoby chorujące na otyłość.

Od zawsze byłam osobą aktywną. Ruch towarzyszył mi od dzieciństwa — wychowywałam się nad jeziorem Pniewskim ,uprawiałam sporty wodne, jeździłam na łyżwach, działałam w samorządzie szkolnym, występowałam wokalnie i reprezentowałam szkołę w zawodach sportowych. Przez wiele lat miałam prawidłową masę ciała.

 

W wieku 25 lat zaczęłam jednak doświadczać niepokojących zmian — pojawiły się obrzęki i szybki przyrost masy ciała. Mimo intensywnych treningów i znacznego ograniczania jedzenia, objawy nie ustępowały. Przez lata słyszałam uproszczone komunikaty: „mniej jeść, więcej się ruszać”, które prowadziły jedynie do frustracji i poczucia winy.

 

Po wielu latach poszukiwań, licznych konsultacjach i po przebytej ciąży, podczas której zdiagnozowano u mnie Hashimoto i niedoczynność tarczycy, trafiłam w końcu do specjalisty chorób metabolicznych. Po tygodniowej hospitalizacji na oddziale metabolicznym w Poznaniu usłyszałam właściwą diagnozę: otyłość (E66), hiperinsulinemia, hipoglikemia reaktywna oraz insulinooporność, współistniejące z chorobami tarczycy.

 

Słowa: „Pani jest chora na otyłość” były jednocześnie szokiem i ulgą. Po raz pierwszy problem został nazwany — a ja przestałam obwiniać siebie.

 

Dziś nadal jestem pacjentką. Świadomą, silną i zdeterminowaną. Otyłość to choroba przewlekła — nie znika sama i ma tendencję do nawrotów. Dlatego leczenie to proces, a nie jednorazowe „rozwiązanie”.

 

Moje doświadczenie stało się jednak impulsem do działania. Jako trenerka fitness, ambasadorka wielu kampanii i prezeska Fundacji Siła edukuję, wspieram i pokazuję, że otyłość to choroba — nie wina i nie wybór chorego. Ruch jest dla mnie narzędziem wsparcia zdrowia, a nie karą.

 

Z radością dołączam do społeczności FLOWersów, by wspólnie budować świadomość, empatię i lepsze jutro dla osób chorujących na otyłość. Bo nikt nie rozumie tej drogi lepiej niż pacjenci, którzy ją przeszli — i nadal nią idą.

Judyta - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Jestem pacjentką bariatryczną. Trzy lata po operacji zmniejszenia żołądka. Dziś jestem lżejsza o 40 kilogramów, ale ta liczba nie oddaje tego, co naprawdę się zmieniło. Najwięcej ważyłam 102,8 kg. Wtedy nie mówiłam jeszcze głośno „choroba otyłościowa”, ale czułam, jak po kawałku odbiera mi życie.

Najpiękniejsze momenty – mój ślub, wieczór panieński – przeżywałam jakby zza szyby. Uśmiechałam się do zdjęć, a w głowie miałam tylko wstyd, lęk i brak akceptacji siebie.

 

Najgorszy był strach. Cichy, codzienny. Bałam się, że przez chorobę zabraknie mi siły dla mojej córki, że nie dam jej energii, zdrowia i obecności, na jaką zasługuje. To ten lęk pchnął mnie do decyzji o operacji.

 

Zmniejszenie żołądka nie było magicznym rozwiązaniem, było początkiem. Zmieniłam nawyki żywieniowe, sposób myślenia, codzienność całej naszej rodziny. Najwięcej zmieniło się jednak we mnie. Dopiero po tej drodze zrozumiałam, czym naprawdę jest ulga i spokój.

 

Dziś wiem, że szczęście to nie liczba na wadze. To pełna akceptacja siebie, wdzięczność i życie bez ciągłego poczucia winy. Jestem dowodem na to, że zmiana jest możliwa  i że naprawdę warto zawalczyć o siebie.

Iwi - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Byłam szczupłym dzieckiem. Problemy zaczęły się wraz z pierwszą miesiączką, wtedy ruszyła lawina, której przez lata nie potrafiłam zatrzymać. Kilogramów przybywało, a ja z każdym rokiem coraz bardziej traciłam kontrolę nad własnym ciałem i życiem.

W najtrudniejszym momencie ważyłam ponad 165 kilogramów. Wejście po schodach było wyzwaniem, podbiegnięcie do autobusu — wysiłkiem ponad siły. Otyłość zabierała mi sprawność, swobodę i poczucie bezpieczeństwa. Czułam, jak moje życie się kurczy.

1 kwietnia 2019 roku przeszłam operację bariatryczną. To był moment przełomowy. Schudłam 70 kilogramów. Zrzuciłam nie tylko fizyczny ciężar — otworzyłam sobie drzwi do życia, w którym mogę się ruszać, oddychać i planować przyszłość. Szybko jednak zrozumiałam, że operacja to nie cud, tylko początek. Otyłość to choroba przewlekła — wymaga czujności, pracy i pokory każdego dnia.

Dodatkowym wyzwaniem jest dla mnie lipodemia, zdiagnozowana wiele lat temu. To choroba, która wciąż bywa bagatelizowana, a dostęp do leczenia w Polsce jest ograniczony. Mimo to nie poddaję się. Walczę o swoje zdrowie i mówię głośno o tym, z czym mierzą się pacjenci.

Dziś jestem na początku kolejnego etapu — leczenia farmakologicznego. To nie jest łatwa droga. Ale to moja droga. Idę nią świadomie, odważnie i z determinacją.

Kasia - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Na co dzień pracuję w szpitalu, gdzie dbam o bezpieczeństwo pacjentów i personelu medycznego. Moja praca wymaga odpowiedzialności, dokładności i dużej uważności na drugiego człowieka. Prywatnie jestem żoną i mamą nastoletniej córki. Ważną częścią mojego życia są również zwierzęta — mam psa oraz dwie szynszyle, a miłość do zwierząt towarzyszy mi od zawsze. 

W życiu najbardziej cenię rodzinę, zdrowie, empatię i wzajemne wsparcie.

Do działania napędza mnie rodzina, a szczególnie córka, która marzyła o tym, abyśmy mogły wspólnie jeździć w góry i aktywnie spędzać czas. To właśnie ona była jedną z największych motywacji, a jej marzenie zaczyna być coraz bardziej realne. Dobre nawyki zapoczątkowały dbanie o zdrowie i wprowadzenie stałych zmian.

Moja droga z chorobą otyłościową trwa od wielu lat. Przez długi czas nie postrzegałam jej jako choroby, lecz jako osobisty problem, z którym — jak sądziłam — powinnam poradzić sobie sama. Towarzyszyły mi poczucie winy, wstyd oraz brak zrozumienia — zarówno ze strony otoczenia, jak i samej siebie. 

Przełomowym momentem było spotkanie z moją lekarką rodzinną, która pomogła mi zauważyć problem, nazwać go i podjąć decyzję o leczeniu, w tym także o rozważeniu leczenia operacyjnego. Jej wsparcie, uważność i właściwe podejście miały ogromny wpływ na moją dalszą drogę. 

Z czasem zrozumiałam, że radzenie sobie ze stresem nie może polegać na zajadaniu go i traktowaniu jedzenia jako pocieszenia. Podobnego zdania była opiekująca się mną Pani psycholog, u której od dłuższego czasu byłam w terapii. Teraz doceniam jak ogromne znaczenie ma rzetelna wiedza, właściwa diagnoza oraz wsparcie specjalistów. Zmiana perspektywy pozwoliła mi spojrzeć na siebie z większą empatią i rozpocząć proces leczenia oraz pracy nad zdrowiem.

Dziś wiem też, że choroba otyłościowa to  złożony  problem, z którym sama bym sobie nie poradziła. Bo to nie brak silnej woli, i lenistwo było przyczyną mojej otyłości.

 

Dlatego angażuję się w działania Fundacji FLO — chcę dzielić się swoim doświadczeniem, dawać innym nadzieję i pokazywać, że z tą chorobą nie trzeba być samemu. 

I można z nią wygrać 🙂

Ola - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Przez większą część życia chorowałam w samotności. Otyłość była ze mną wszędzie w każdym kroku, w każdym oddechu, w każdym spojrzeniu innych, w każdym momencie, kiedy nie mogłam zrobić czegoś, co dla innych było oczywiste. Potem, kiedy choroba weszła w zaawansowany etap, zaczęła mnie unieruchamiać. Nie mogłam chodzić na dłuższe dystanse. Nie mogłam uczestniczyć w życiu, w aktywnościach, w spotkaniach. Ciało mnie zatrzymało, a ja coraz bardziej znikałam z własnego życia… i ten wszechogarniający wstyd był nie do zniesienia 

Oczywiście miałam i mam bliskich,  rodzinę ale ich wsparcie nie mogło zastąpić tego, czego najbardziej mi brakowało: człowieka, który naprawdę rozumie, czym jest choroba otyłościowa.

Moja przemiana zaczęła się nie w gabinecie, nie na sali szpitalnej, ale… w fotelu, z książką w ręku.

Gdy przeczytałam „My skrajnie otyli”, stało się coś, czego nie zapomnę do końca życia. Jak grom z jasnego nieba uderzyła we mnie prawda:

Otyłość to choroba, to nie jest moja wina. To nie jest kwestia braku silnej woli, lenistwa czy „złego charakteru”. Rozpłakałam się i poczułam ulgę tak wielką, że aż trudno to opisać.

Jakby ktoś zdjął ze mnie sztangę, którą dźwigałam od lat.

Jednak życie pisze różne scenariusze. Dla mnie napisało rozdział pt: „balansowanie na krawędzi życia, czyli majówkowy wypadek na rowerze”. 

Ciało przeciążone chorobą, leki spowodowały skok ciśnienia do granic krytycznych. Było tak wysokie, że lekarze mówili wprost: że miałam dużo szczęścia, a mnie przez chwilę było  wszystko jedno. To był chyba ostatni dzwonek. Chwilę później zrozumiałam, że jeśli teraz nie zawalczę o siebie, mogę tej walki nie zdążyć wygrać. (nie lubię słowa walka)

Trafiłam do dietetyczki.

I zaczęłyśmy wprowadzać zmiany, malutkie, delikatne kroki: najpierw uzupełnienie niedoborów. Potem zmiana drobnych nawyków. Potem następnych o następnych. Na tamtym etapie jeszcze nie myślałam o operacji gdzieś z tyłu głowy miałam komunikat, że to jeszcze nie czas. Teraz wiem, że to był lęk a potem był bunt, była złość, były kryzysy ale proces się toczył. 24 października 2024 zakwalifikowałam się do programu KOSBAR. Dopiero na drugi dzień dowiedziałam się że to był Światowy Dzień Świadomości  Otyłości. 

Zaczęłam intensywne przygotowania do operacji. Badania i diagnostyka. 

W marcu 2025 przeszłam operację bariatryczną (GB), która otworzyła przede mną… no właśnie co otworzyła ? 

Życie po operacji bariatrycznej wcale nie jest takie różowe, jakby się wydawało. Nie ma tam pudru, nie ma lukru jest po prostu inaczej. Na pewno jest lżej fizycznie, jest mniej ograniczeń ciała, ale to nie znaczy, że nagle wszystko staje się łatwe. To ogrom pracy, przede wszystkim w głowie. Trzeba poukładać sobie na nowo codzienność, nawyki, relacje z jedzeniem i ze sobą samym.

Często pojawia się zagubienie. Może być pomieszanie, niepewność, nie wiadomo, co zrobić w danej sytuacji. Organizm zmienia się bardzo szybko, ciało reaguje inaczej niż wcześniej, a głowa nadąża wolniej  i wtedy różne emocje, lęki, pokusy czy frustracje mogą przytłaczać.

Pomyślałam o grupie wsparcia bo one są tak ważne. Potrzebne jest miejsce, gdzie można podzielić się tym, co się dzieje, porozmawiać z osobami, które rozumieją ten etap, które przeszły podobną drogę i wiedzą, że to naturalne uczucia i wątpliwości.

Bo wszystko, co nowe, może być trudne, zanim stanie się proste  a wsparcie innych pomaga przetrwać ten czas, zrozumieć siebie i poukładać życie po operacji tak, żeby naprawdę działało.

Teraz wiem, że w całej tej drodze bardzo brakowało mi jednego: drugiego człowieka, który rozumie.

Nie specjalisty choć ich wsparcie jest kluczowe, nie rodziny choć byli przy mnie. Brakowało mi kogoś, kto by usiadł obok i powiedział: „Też przez to przechodziłam. Rozumiem. Chodź, pogadamy.”

Bo otyłość jest chorobą, która izoluje.

Najpierw od świata a potem od samego siebie.

Dlaczego stworzyłam „Chorzowskie Piątki bariatryczne” po to, by nikt nie musiał przechodzić przez tę drogę w samotności tak, jak ja kiedyś.

Te spotkania dopiero się zaczęły, a już powstała między nami więź prawdziwa, silna, autentyczna. Ludzie, którzy jeszcze wczoraj czuli wstyd i strach, dzisiaj mówią: „Ktoś mnie rozumie”. Siedzimy razem, rozmawiamy, wspieramy się, śmiejemy i opracowujemy trudności.

I to działa. Działa jak złoto.

Dlatego chcę zostać ambasadorką Fundacji FLO, bo wiem, jak to jest żyć w cieniu choroby. Wiem, jak to jest nie mieć siły, tchu, nadziei.Wiem, jak to jest być samotną w swojej historii.

Wiem też, jak wygląda życie po drugiej stronie, że leczenie działa a wsparcie ratuje ludziom życie. Jeden człowiek, który powie: „rozumiem”, może zmienić czyjąś drogę.

Dlatego dziś mogę być tym człowiekiem dla innych. Chcę wspierać, edukować, dodawać odwagi, mówić o leczeniu głośno, z dumą i z wdzięcznością.

Chcę, by moja historia była żywym dowodem, że można zacząć od zera, od strachu, od bólu i dojść do miejsca, w którym życie naprawdę smakuje.

Wierzę, że razem możemy dać innym to, czego mam tak brakowało: poczucie przynależności, zrozumienie i nadzieję.

Bo nikt nie powinien chorować w samotności. I jak mówi klasyk „ot i cała historyja” 😊 Taką mam fantazję, że to zadziała. 

Serdeczności Ola 

Agnieszka - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Mam na imię Agnieszka mam 42 lata jestem pracującą mamą i żoną. Pracuje w jednym z warszawskich urzędów, więc moja praca jest głównie 'siedząca’. Lubię czytać książki i grać w planszowymi, a moim 'guilty pleasure’ są koreańskie seriale.

Problemy z wagą zaczęły się u mnie dość późno, bo dopiero na studiach. Nieregularne jedzenie, zajadanie stresu, brak ruchu i insulinooporność zrobiły swoje. 

Wiele razy wtedy odchudzałam się i tyłam. Za każdym razem nawrót choroby, który mnie dopadał, kończył się na wyższej wadze niż zaczynałam odchudzanie, aż dotarłam do najwyższej swojej wagi w życiu, a kalkulator BMI wskazywał otyłość olbrzymia. Wtedy też mój mąż zaczął mieć problemy zdrowotne i dotarło do mnie, że nie chce by moje dzieci straciły któregokolwiek z rodziców. 

Zaczęłam szukać informacji i dowiedziałam się o operacyjnych sposobach leczenia otyłości. Dostałam skierowanie i wpadłam w trybiki. Słowa Pani doktor, że to bardzo dobra decyzja towarzyszą mi aż do dzisiaj. Pomogły mi pozostać przy raz podjętej decyzji. Do czasu operacji udało mi się schudnąć 10 kg. 09.09.2025 r. to data moich drugich urodzin. 

Od tego czasu schudłam już ponad 30 kg, czyli razem prawie 40, a i tak moje BMI nadal wskazuje na otyłość. Dużo pracy przede mną (zwłaszcza z uwagi na wybiórczość pokarmową), ale się nie poddam. Mam nadzieję, że swoją historią pomogę w podjęciu decyzji innym osobom.

Michał - pacjent, Ambasador Fundacji.

Gdybym mógł cofnąć czas, od razu zacząłbym leczyć otyłość. Ty nie musisz się długo zastanawiać – możesz zacząć działać już dziś. Nie warto czekać na „lepszy moment”, bo taki moment sam z siebie nie nadejdzie. Wiem to z własnego doświadczenia.

Moja historia z otyłością zaczęła się już w dzieciństwie. Od zawsze byłem „tym większym” dzieckiem, a potem nastolatkiem. Przez długi czas wydawało mi się, że mam nad tym jakąś kontrolę, że wystarczy trochę silnej woli, żeby wrócić do normy. Niestety, z wiekiem waga rosła coraz szybciej. Próbowałem różnych diet, ćwiczeń, miałem okresy, kiedy udawało mi się trochę schudnąć. W dorosłym życiu przyszły kolejne wyzwania – praca, obowiązki, stres, mniej czasu dla siebie. Wtedy kilogramy zaczęły przybywać jeszcze szybciej. Przez lata myślałem, że to tylko kwestia złych nawyków, że wystarczy się bardziej postarać. Jak bardzo się myliłem, zrozumiałem dopiero wtedy, gdy waga pokazała ponad 170 kilogramów. To był dla mnie moment przełomowy – poczułem, że jestem w sytuacji krytycznej i muszę coś zmienić.

Przez długi czas myślałem – jak wielu chorych na otyłość –  że muszę sobie radzić sam, bo przecież „każdy może schudnąć, jak tylko się postara”. To nieprawda. Na szczęście w moim otoczeniu spotkałem się raczej ze zrozumieniem i życzliwością, ale wiem, że wielu ludzi doświadcza stygmatyzacji i przykrych komentarzy. To bardzo boli i potrafi skutecznie zniechęcić do szukania pomocy. A przecież nikt nie powinien być z tym sam. Tymczasem ja, samodzielnie, choć z częściowym wsparciem lekarzy, zredukowałem wagę o ponad 50 kilogramów w ciągu 4 lat. Dziś spoglądam na ten czas i wiem, że to nie było leczenie otyłości, tylko walka o lepszy wygląd i łatwiejsze życie. Dopiero decyzja o operacji bariatrycznej i praca z lekarzami naprawdę leczącymi otyłość dała mi szansę na zajęcie się tym problemem prawidłowo. Tę decyzję podjąłem  niejako „na koniec” procesu – tak myślałem nawet wtedy, gdy jechałem już na blok operacyjny. Dziś wiem, że to był dopiero początek zdrowienia, które przecież nie ogranicza się do redukcji wagi. 

Jestem już ponad półtora roku po operacji bariatrycznej i w remisji choroby otyłościowej. Wiem, że to proces na całe życie – nadal muszę dbać o siebie, kontrolować wagę, być pod opieką lekarzy. Ale wiem też, że można z tym wygrać i odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Najważniejsze było dla mnie zrozumienie, że nie muszę być sam, że mogę i powinienem korzystać z pomocy specjalistów, którzy wiedzą, jak leczyć otyłość.

 

Jeśli jesteś w podobnym miejscu – nie czekaj na „lepszy moment”. Otyłość to choroba, którą można i trzeba leczyć. Nie oceniaj siebie, nie obwiniaj się za to, co było. Zrób pierwszy krok, sięgnij po pomoc. Naprawdę warto. Dziś wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Ty też możesz zacząć swoją drogę już teraz – nie musisz czekać, aż będzie jeszcze trudniej. Każdy dzień to szansa na zmianę i lepsze życie.

Ewa - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Mam na imię Ewa 🙂 z wykształcenia, z zawodu i z zamiłowania jestem psychologiem. Pracuję z dziećmi i młodzieżą, w głównej mierzę zajmuje się diagnostyką, ale również udzielam wsparcia psychologicznego. Prywatnie narzeczona człowieka, który nie zdefiniował mnie przez kilogramy i pokazał, że jest jeszcze życia poza pracą 🙂

Odkąd pamiętam zawsze byłam DUŻA. Małej dziewczynce i jej otoczeniu, które dogadzało posiłkami i słodyczami to nie przeszkadzało, bo „okrąglutka to zdrowa”. Jako pulchna nastolatka już niestety czułam się w wielu sytuacjach przez „grubość” nieakceptowana, wykluczana, wyśmiewana, co w konsekwencji u młodej dziewczyny doprowadziło do niskiej samooceny, pewności siebie i poczucia niewystarczalności na wielu płaszczyznach.

Zaczęły się pierwsze próby redukcji wagi: wyjazdy i turnusy odchudzające, które owszem przynosiły rezultaty, ale na krótko, bo powrót do domu oznaczał także powrót do starych nawyków żywieniowych. Zgubione kilogramy wracały jak boomerang ze zdwojoną siłą. Pomimo wszystko nie poddawałam się: były „diety cud”, głodówki.  Chudłam, tyłam. Pomimo tego żyłam, funkcjonowałam, szukając trochę także swojego miejsca na ziemi i oczywiście obwiniając wszelkie niepowodzenia w życiu swoją wagą. Słyszałam od przedstawicieli płci przeciwnej komentarze typu: „fajna jesteś, ładną masz buzię, ale jakbyś schudła…”, więc w mojej głowie zrodziło się: nie mam faceta, bo jestem gruba. Nie przyjęto mnie do pracy, bo jestem gruba.

W marcu 2017 roku przyszła poważna choroba i szczyt mojej wagi, gdzie przy moim wzroście 168cm „dobiłam” do prawie 150kg.

Dochodzenie do siebie i ustabilizowanie zdrowia zajęło mi prawie rok, po czym w ciągu jednego popołudnia stwierdziłam, że mam dość i zaczęła się ostra praca nam sobą – początkowo cateringi dietetyczne, pomoc trenera personalnego, później samodzielnego przygotowywanie posiłków, liczenie kalorii i praktycznie codzienna siłownia. W 2,5 roku doszłam do wagi 102 kg. Byłam strasznie dumna z siebie i z tego co osiągnęłam, osiadając trochę na laurach, odpuszczając ruch, nie jedząc regularnie wróciło ponad 20kg.

W lipcu 2024 roku, gdzie zainspirowana kilkoma profilami na IG rozpoczęłam leczenie farmakologiczne pod okiem specjalisty. Teraz czuję i widzę, że moja relacja z jedzeniem, z ciałem, z cyferkami na wadzę była stanowczo do poprawy. W dalszym ciągu jestem w procesie, ale też w najlepszym momencie w swoim życiu. 

Kasia - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Nazywam się Kasia Kucewicz. Jestem psycholożką i na co dzień pracuję z pacjentami w trakcie redukcji masy ciała. Ale zanim zaczęłam wspierać innych — sama przeszłam tę drogę. Z chorobą otyłościową żyję od dziecka. Przez lata doświadczałam fatfobii, zawstydzania i powolnej utraty sprawności.

Przy otyłości III stopnia moje ciało przestawało nadążać za życiem. Bolało. Ograniczało. A wraz z nim kurczyło się moje poczucie bezpieczeństwa i wiary w siebie. Z zewnątrz funkcjonowałam, w środku toczyłam codzienną walkę o oddech, ruch i godność.

 

Moment decyzji o leczeniu nie był spektakularny. Był cichy — ale ostateczny. Wiedziałam, że jeśli czegoś nie zmienię, ta choroba będzie zabierać mi kolejne kawałki życia. Proces zdrowienia okazał się wymagający na każdym poziomie. To nie była tylko redukcja kilogramów. To była codzienna praca nad psychiką, nawykami, wewnętrzną dyscypliną i — co najtrudniejsze — czułością wobec własnego ciała.

Dziś jestem w remisji, lżejsza o ponad 75 kilogramów. 

 

Mam nowe życie — spokojniejsze, sprawniejsze, bardziej moje. Ale najważniejsze jest to, że doskonale pamiętam, jak boli choroba otyłościowa i jak trudno zrobić pierwszy krok.

 

Dlatego dziś stoję po drugiej stronie, jako specjalistka i jako osoba z doświadczeniem. Wspieram psychicznie pacjentów, którzy próbują wydostać się ze szponów tej choroby. Bo wiem, że za każdym wynikiem na wadze stoi człowiek, który bardzo często przez lata walczył w samotności.

Ola - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Nazywam się Aleksandra Nizio, mam 30 lat i jestem wokalistką i
nauczycielką śpiewu. Śpiewam całe życie a moja muzyczna droga
została ukierunkowana w momencie kiedy udało mi się zdobyć tytuł
The Voice of Poland w 2014 roku. Wtedy oprócz mojego głosu punktowany
był również bardzo często mój wygląd i (nieskutecznie) próbowano
obniżyć przez to moje poczucie wartości.

Myślę, że z otyłością mierzę się od 12 lat i rok temu zajęłam się tym z pomocą leków, lekarza obesitologa i współpracy z dietetykiem.

Chcę być Ambasadorką FLO, bo jako przyszła mama chcę mieć realny wpływ ma wychowywanie przyszłego pokolenia w poczuciu zaopiekowania i rozmowy na temat choroby otyłościowej jako jednostki chorobowej a nie formy lenistwa czy też innych czynników umniejszającym temu schorzeniu.

I też chcę być głosem ludzi którzy boją się mówić – a ja lubię mówić 🙂

Joanna- pacjentka, Ambasador Fundacji.

Na co dzień pracuję jako psychoterapeutka i seksuolożka, z wykształcenia jestem psychologiem. W swojej pracy towarzyszę osobom indywidualnym w procesie zdrowienia, w obszarze zdrowia psychicznego, relacji z ciałem, jedzeniem, emocjami i seksualnością. Szczególnie bliska jest mi praca z osobami chorującymi na otyłość, którą postrzegam jako chorobę wymagającą całościowego i empatycznego podejścia.

Od ponad 12 lat jestem również związana z ruchem body positive. Przez wiele lat działałam jako modelka plus size i aktywistka, normalizując różnorodność ciał i pokazując, że wartość człowieka nie zależy od rozmiaru. Zawsze podkreślałam przy tym znaczenie zdrowia, zarówno psychicznego, jak i fizycznego.

Moja własna droga z chorobą otyłościową była długa i wieloetapowa. Przez większość życia wielokrotnie się odchudzałam, stosując różne diety, które przynosiły krótkotrwałe efekty i kończyły się efektem jojo. Dopiero w momencie, gdy zrozumiałam, że choruję na otyłość, w moim przypadku o podłożu psychosomatycznym, mogłam spojrzeć na ten temat inaczej. Z czasem, wraz ze wzrostem masy ciała, zaczęły pojawiać się także problemy zdrowotne, takie jak insulinooporność czy anemia.

Kluczowym momentem była dla mnie psychoterapia i decyzja, by postawić siebie oraz swoje potrzeby na pierwszym miejscu. Równolegle włączyłam leczenie farmakologiczne pod opieką diabetologa oraz współpracę z dietetykiem, w sposób, który nie odbierał mi radości z jedzenia. Znalazłam także formę ruchu, która stała się dla mnie przyjemnością, pilates na maszynach i na macie. W ciągu ostatnich dwóch lat schudłam około 60 kilogramów, traktując ten proces nie jako odchudzanie, ale jako leczenie i dbanie o siebie.

Prywatnie coraz bardziej cenię spokój i domowe życie. Tworzę bliski i bezpieczny związek z moim partnerem. W wolnym czasie lubię czytać, oglądać seriale oraz rozwijać się twórczo, maluję, uczestniczę w warsztatach artystycznych i chętnie sięgam po różne formy pracy manualnej. Największą motywacją do działania są dla mnie ludzie, relacje oraz poczucie sensu, jakie daje mi moja praca.

Staś - pacjent, Ambasador Fundacji.

Moja historia z otyłością zaczęła się bardzo wcześnie – miałem osiem lat. Wtedy moi rodzice byli w separacji, a spotkania z tatą często wyglądały tak samo: wspólne jedzenie, najczęściej w McDonaldzie. Dla dziecka były to szczęśliwe chwile. Dopiero po latach zrozumiałem, że właśnie wtedy jedzenie zaczęło pełnić w moim życiu rolę czegoś więcej niż tylko zaspokajacza głodu.

Nadmiar kilogramów zaczął rosnąć razem ze mną – a wraz z nim wstyd, brak pewności siebie i poczucie, że coś mnie omija. Pierwszą dietę podjąłem w wieku 15 lat, gdy ważyłem około 120 kg. W ciągu dwóch tygodni schudłem 10 kilogramów. To był sukces – ale nie potrafiłem go utrzymać. Tak wyglądało wiele kolejnych prób: chudłem, pojawiały się efekty, a potem wracały stare nawyki. Moja waga przez lata wpływała na wszystko – relacje, na komfort codziennego funkcjonowania, na samopoczucie.

Największy sukces osiągnąłem w latach 2019–2020, gdy schudłem 35 kilogramów. Wtedy moje życie zaczęło się zmieniać – znalazłem drugą połówkę i poczułem, że w końcu wszystko idzie w dobrą stronę. Niestety później przyszła pandemia, ogrom pracy, stres, a potem wojna w Ukrainie i lęk o moją rodzinę, która jest tam. Jedzenie znów stało się ucieczką. W czerwcu 2022 roku ważyłem już 167 kilogramów. I potem kolejna próba, która trwała 2 lata – chudłem, tyłem, chudłem, tyłem. W 2024 roku przeszedłem zabieg operacyjny i przez chwilę wydawało się, że zaczyna mi się układać – schudłem do 127 kg. A potem znów stres w pracy, pisanie doktoratu i kłopoty związkowe. W czerwcu 2025 r. odeszła moja Mama, co do dziś codziennie mnie boli. To był moment, w którym zamknąłem się w sobie i znów zacząłem uciekać w jedzenie. Przytyłem 47 kilogramów.

W październiku 2025 roku osiągnąłem najwyższą wagę w życiu – 174 kilogramy. Wcześniej zakończył się mój pięcioletni związek. I właśnie wtedy zrozumiałem, że muszę coś zmienić. Dziś jestem uczestnikiem programu leczenia otyłości Centrum Respo Michała Wrzoska. Po ponad 20 latach walki wiem już jedno: otyłość to choroba, a nie brak silnej woli. I chorobą, którą zwalczę.

Zuzanna - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Jedzenie przez lata było moim językiem uczuć. To nim mówiłam do siebie, gdy było mi smutno, gdy chciałam się nagrodzić, gdy czułam pustkę. Już jako dziecko nauczyłam się, że kolejny kawałek ciasta potrafi na chwilę uciszyć lęk, a pełny brzuch daje pozorne poczucie bezpieczeństwa.

Niestety z czasem mechanizmy, które miały mnie chronić, zaczęły mnie ranić. Podejmowałam wiele prób: liczenie kalorii, posty, motywacyjne wyzwania. Za każdym razem wracałam do punktu wyjścia z coraz większym poczuciem bezsilności.

Aż w pewnym momencie wskazówka wagi zatrzymała się na liczbie która na zawsze pozostanie w mojej głowie.Pamiętam poranek, gdy z trudem usiadłam na łóżku i poczułam, że nie mam już siły nawet oddychać tak jak dawniej. To był moment, który zmienił wszystko.

Nie ogłosiłam światu, że zaczynam „nowe życie”. Po prostu zaczęłam. Od szczerej rozmowy ze sobą. Od nauki, że każdy, nawet najmniejszy krok, jest już postępem. I przestałam o tym myśleć, zaczęłam to robić – tylko dla siebie.

Schudłam 35 kg, a potem podjęłam decyzję o operacji bariatrycznej –  nie z rozpaczy, lecz z troski o siebie. Wiedziałam, że to nie będzie cud, tylko narzędzie. A prawdziwa praca miała się dopiero zacząć –  we mnie samej.

Dziś mam za sobą ponad 80 kg mniej, ale przede wszystkim więcej spokoju, obecności i wdzięczności. Wciąż jestem w procesie – świadomie, z pokorą i siłą, której wcześniej w sobie nie widziałam.

Jestem przyszłym psychologiem, ponieważ chcę z większym zrozumieniem patrzeć na ludzkie doświadczenia – także te, które przez lata były częścią mojego życia –  i z uważnością  towarzyszyć innym w ich drodze.

Przemek- pacjent, Ambasador Fundacji.

Od kiedy pamiętam zawsze ważyłem trochę więcej ale było to w granicach nadwagi. Gdy wszedłem w dorosłe życie zaniedbałem ruch zacząłem zajadać stresy i efekty były dramatyczne. Najwyższa waga to aż 185kg. Walczyłem z tym próbowałem diet cud ale efekty były mierne.

Na co dzień jako że jestem kierowcą zawodowym to jest to główne moje zajęcie gdyż ten zawód wiąże się z dość dużą ilością czasu który trzeba poświęcić. Rodzinę mam, ale jako bezdzietny kawaler więc tylko w postaci rodziców i rodzeństwa.

Co jest ważne dla mnie w życiu? Niełatwe pytanie i tak jednoznacznie to chyba zdrowie i szczęście najbliższych. Co do pasji to strzelectwo sportowe jest dość interesujące i to chyba w największej części pochłania mój czas wolny.

Zszedłem do 175 i z taką wagą żyłem około 10 lat. Było podejście do CHLO ale chyba trafiłem na złego lekarza gdyż brak zaopiekowania doprowadził do tego że zrezygnowałem z procesu przygotowania pod wpływem wielu informacji jakoby bariatria nie działała.

 

Żyłem sobie tak pogodzony z tym stanem aż kiedyś trafiłem na wspaniałą diabetolog która powiedzmy wzięła mnie za przysłowiową „mordę” i naprowadziła na właściwe tory polecając wspaniałego chirurga bariatrę.

 Oczywiście jak to nasza służba zdrowia duża część przygotowań przed jak i opieki po spadła na sektor prywatny. Przeszło 9 miesięcy temu poddałem się operacji której efekty są zadowalające bo na dzień dzisiejszy waga wynosi 110kg. Nadal to nie jest mało ale zważając na to z jakiej startowałem jestem zadowolony. 

 

Justyna- pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Odkąd pamiętam zawsze byłam „większa” – już w przedszkolu odstawałam od rówieśników. Tak naprawdę moje życie od zawsze to dieta i ciągła walka z samą sobą. Moja otyłość wzięła się od złych nawyków żywieniowych wyciągniętych z domu rodzinnego oraz poprzez pewne traumy z zaburzeń odżywiania (zajadanie stresów, nagradzanie samą siebie jedzeniem).

W 2021r. stanęłam pod ścianą  (depresja [głównie przez to jak okropni ludzie są dla osób otyłych], insulinooporność wchodząca już w cukrzycę, PCOS, tachykardia oraz Hashimoto i wiele innych objawów wieloletniej otyłości) i niestety psychicznie byłam na takiej granicy (kiedy diety nie pomagały, farmakologia również, wszystko było tylko na pewien czas by potem wpaść w swoje błędne koło), że powiedziałam sobie, albo uratuje mnie operacja, albo najzwyczajniej w życiu nie chce żyć… 

Dzisiaj gdy przychodzą chwile zwątpienia w walce przypominam sobie to okropne miejsce w które tak bardzo nie chce wrócić.
 
29.04.2022r dostałam szansę w szpitalu Biziela w Bydgoszczy i tak niebawem minie 4 lata od gastricsleeve.
 
Operacja to tylko narzędzie, więc od razu zaczęłam walkę – w 10miesiecy schudłam ok 65 kg. Niestety po ok dwóch latach 10kg wróciło i od pół roku walczę na siłowni, by zamienić to na mięśnie. 
 
Co dla mnie najważniejsze? Przede wszystkim by szerzyć wiedzę na temat, aby ludzie nie popełniali mojego błędu i będę to mówić w kółko psycholog, dietetyk oraz zrobić porządny research na temat danego ośrodka w którym chcemy się poddać operacji.
 
Mój przypadek – byłam operowana w Bizielu, z powodu prof. Michalika, który jest wspaniałym bariatra, ale… szpital po operacji nie oferował żadnej pomocy psychodietetycznej, miał operować sam profesor Michalik – nikt nawet nie poinformował, że nawet nie asystuje na bloku operacyjnym, sam profesor jedynie mnie zakwalifikował i wyznaczył termin operacji. 
 
W skrócie w piątek wycięli mi żołądek, a rano w sobotę wypuścili do domu… W szpitalu jako, że weekend nikt się nie pofatygował by ze mną porozmawiać. Tylko usłyszałam ” w szafce ma pani rozpiskę co dalej, lekarze nie mają czasu, a dietetyk nie pracuje w weekend”.
 
Zostałam sama, przerażona i jeszcze kwestia.. im dalej po operacji tym ciężej to druga rzecz, która w kółko mówię niestety głowy nikt podczas operacji czy farmakologii nie zmieni – to jest walka tak naprawdę na całe życie. Od nas zależy jak wykorzystamy szansę. 
 
Na dzień dzisiejszy nie ma śladu po insulinooporności oraz PCOS (!), wyniki mam książkowe prócz anemii oraz tarczycowych – anemia skutek operacji, i przez problemy z wchłanialnością bardzo duże problemy z tym by hormony trzymały mi tarczycę, do tego musiałam przejść operację by „odblokować” główną żyłę – wieloletnia otyłość i jej skutki… Ze skutków ubocznych – mam problem, ponieważ nie posiadam odruchu wymiotnego, ale czy było warto? Pewnie, wygrałam życie. Zdrowsze życie. Chociaż otyłość i przede wszystkim (w moim przypadku) jej przyjaciółka zaburzenia odżywiania (BED) nigdy nie odpuszczą. Póki co 4 lata jestem w remisji i niech tak zostanie na zawsze 😉
 
Warto dodać pracuje po 12h na zmianach dniówka, nocka. Często jestem wykończona, ale nie ma wymówek. 

Paulina - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Z chorobą otyłościową zmagam się od dziecka. To nie była jedna droga, tylko lata prób, spadków i powrotów. Dziś wiem, że otyłość to choroba przewlekła, która ma tendencję do nawrotów.W 2022 roku podjęłam decyzję, która zmieniła bardzo wiele. Dzięki zmianie nawyków i zwiększonej aktywności fizycznej schudłam 40 kg. W tej drodze ogromnym wsparciem był mój mąż.

Nie była to jednak prosta linia. Pojawiły się też wzrosty masy ciała. Dziś znów jestem w procesie bardziej świadoma, dojrzalsza i zdeterminowana, by zadbać o swoje zdrowie na stałe.

W 2025 roku ukończyłam zdrowie publiczne, uzyskując zawód medyczny – profilaktyk. Dziś w życiu prywatnym jak i zawodowym angażuję się w promowanie zdrowego stylu życia i szczególnie poruszam temat otyłości u dzieci, bo wiem, jak wcześnie zaczyna się ta choroba.

Choć sama schudłam bez leków, wiem, jak ważne jest kompleksowe leczenie. Uważam, że farmakoterapia może być ogromnym wsparciem dla osób chorujących na otyłość.

Do Fundacji FLO dołączam, by mówić głośno: otyłość to choroba i można ją leczyć.

Wojtek- pacjentk, Ambasador Fundacji.

Już jako dziecko zmagałem się z otyłością. W wieku 14 lat ważyłem 100 kg. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem trzycyfrowy wynik na wadze — to było bardzo wcześnie ale już nie pamiętam dwu cyfrowego wyniku .

Dziś mam 59 lat. W styczniu moje BMI wynosiło 53 — przy wzroście 186 cm ważyłem 183 kg. Obecnie BMI wynosi 48. Całe życie walczę minus- 40 kg + 45 kg . Schudłem ze 172 kg do 146 kg, potem wróciłem do 168 kg — i tak w kółko… Będąc nawet w internacie w czasie stanu wojenneg, gdzie praktycznie nic nie było, w żywieniu publicznym porcjowanym, wszyscy chudli, ja tyłem. Cała moja historia to huśtawka wagi , nastroju, zdrowia samopoczucia psychofizycznego .

Przez lata żaden lekarz rodzinny nigdy mnie nie zważył, nie zmierzył, nie zaproponował leczenia u dietetyka, psychodietetyka, w poradni chorób metabolicznych, w ramach KOS-BAR czy konsultacji bariatrycznej. 

Ważyłem 183 kg, miałem problemy ze stawami, neuropatię, nadciśnienie, wysoki poziom cukru (jeszcze bez rozpoznanej cukrzycy typu 2). Dramat.

Zawsze słyszałem tylko: „mniej jeść i więcej się ruszać”. I nic więcej.

Może to moje szczęście, że lekarz przeszedł na emeryturę. Nowa pani doktor przynajmniej próbuje zrozumieć — choć w jej oczach często widzę bezradność. To ja poprosiłem o skierowania z kodem E66 (otyłość). Zapisałem się do bariatry — termin za rok. Dziś jednak nie chcę już operacji… Czy dożyję? Tego nie wiem.

Zacząłem więc znowu sam ze sobą walczyć. Do dziś minus 20 kg. Niestety — znów sam.

I tak wygląda moja codzienność.

Karol - dietetyk kliniczny, pacjent bariatryczny, edukator w obszarze leczenia otyłości

Temat zdrowia i odżywiania towarzyszył mi od lat, ale moja droga do miejsca, w którym jestem dziś, nie była prosta ani oczywista.

Przez wiele lat zmagałem się z chorobą otyłościową. To nie była kwestia jednego momentu czy jednej decyzji — to był długotrwały proces, w którym pojawiały się próby, zmiany, powroty do starych schematów i frustracja, że mimo wysiłku efekty nie są trwałe.

Z zewnątrz często wygląda to prosto: „wystarczy mniej jeść i więcej się ruszać”. W rzeczywistości to znacznie bardziej złożone. Otyłość to nie tylko jedzenie — to także emocje, nawyki, stres, zmęczenie i wiele czynników, których często się nie widzi.

Z czasem zrozumiałem, że potrzebuję czegoś więcej niż kolejnej diety czy chwilowej motywacji. Potrzebowałem realnego wsparcia i podejścia opartego na medycynie.

Podjąłem decyzję o leczeniu bariatrycznym.

To była jedna z najważniejszych decyzji w moim życiu — ale też początek zupełnie nowej drogi, a nie jej zakończenie.

Po operacji szybko przekonałem się, że sama procedura nie rozwiązuje wszystkiego. Organizm funkcjonuje inaczej, pojawiają się nowe wyzwania, a niektóre sytuacje potrafią zaskoczyć — zwłaszcza jeśli nie jest się na nie w pełni przygotowanym.

To doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na pracę z pacjentem. Dziś wiem jedno

Otyłość to choroba.
Nie efekt braku silnej woli.

To choroba, która wymaga leczenia, zrozumienia i kompleksowego wsparcia.
Dlatego dziś robię coś więcej

Dziś jako dietetyk kliniczny, psychodietetyk i dietetyk bariatryczny pracuję z osobami, które znajdują się dokładnie w tym miejscu, w którym kiedyś byłem ja.

Wspieram pacjentów:

  1. przed leczeniem bariatrycznym,
  2. po operacjach,
    w procesie redukcji masy ciała,
  3. w odbudowie relacji z jedzeniem.

Łączę wiedzę medyczną z własnym doświadczeniem — bo wiem, jak wygląda ta droga od środka.

Weronika - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Mam na imię Weronika, mam 32 lata i w 2025 roku zdiagnozowano u mnie chorobę otyłościową. Wydawało mi się, że otyłość towarzyszyła mi przez całe życie. Kiedy jednak patrzę na swoje zdjęcia z dzieciństwa i wczesnej dorosłości, nie widzę dziewczyny z otyłością.

Widzę młodą, wysportowaną i z pozoru radosną osobę, której przez lata wmawiano, że jest większa od innych. I to częściowo była prawda. Nigdy nie byłam drobna i często byłam najwyższa wśród rówieśników, ale nie można było mówić o otyłości. Żyjąc w przekonaniu, że jestem „za duża”, z czasem stworzyłam rzeczywistość, w której to określenie zaczęło do mnie pasować.

Nie potrafię wskazać jednego okresu, w którym zaczęłam przybierać na wadze. To był proces rozłożony w czasie, który długo pozostawał dla mnie prawie niezauważalny. Najpewniej zaczął się w okresie końca studiów. Kolejne liczby pojawiały się stopniowo: 80, 85, 91, 98, aż w wieku 27 lat zobaczyłam na wadze 105 kg. Nie zawsze widziałam te zmiany w lustrze. Najbardziej dostrzegam je dziś na zdjęciach, szczególnie tych robionych przez bliskich. Na własnych zdjęciach zawsze wiedziałam jak się ustawić, żeby wyglądać tak jak chciałam.

W 2018 roku zdiagnozowano u mnie insulinooporność, a z czasem pojawiły się kolejne problemy zdrowotne: PCOS, niedoczynność tarczycy, zaburzenia miesiączkowania i nasilone napady astmy. Coraz częściej brakowało mi energii. Zdarzało się, że zasypiałam zaraz po posiłku, a aktywność fizyczna była dla mnie dużym wyzwaniem. Mimo prób redukcji masy ciała na własną rękę, waga wciąż rosła. Problemy zdrowotne się nasilały, a razem z nimi stres i coś, czego długo nie potrafiłam nazwać – czyli regulowanie emocji jedzeniem. Od dziecka brakowało mi wsparcia w budowaniu zdrowych nawyków. Słodycze były szybkim sposobem na poprawę nastroju, a deser po obiedzie czymś oczywistym. Kiedy wraz z wagą rósł też mój apetyt, słyszałam komentarze typu „Werka ile Ty jesz”, “może trzeba się więcej ruszać” albo „nie noś bluzek na ramiączka, bo masz masywne ramiona”. Do niedawna w mojej szafie trudno było znaleźć takie bluzki. Dzisiaj widzę, że bardzo brakowało mi wsparcia bliskich. Nie dostawałam realnej pomocy ani wskazówek, jak sobie z tym poradzić. Nie nauczono mnie rozpoznawania emocji i pracy z nimi.

W 2021 roku osiągnęłam moment dla mnie najtrudniejszy. Widząc na wadze 105 kg, załamałam się. Nie widziałam tych kilogramów w lustrze. Poczułam jednak, że muszę coś zmienić, bo kierunek był tylko jeden. Na początku zaczęłam działać samodzielnie. Czytałam, oglądałam, testowałam różne podejścia. Wprowadziłam dietę i aktywność fizyczną. Pierwsze efekty dawały ogromną satysfakcję. Do dziś pamiętam moment, kiedy po dwóch miesiącach zobaczyłam 99 kg i bardzo się ucieszyłam, że znowu widzę dwie cyfry. Motywacja utrzymywała się przez wiele miesięcy. Przez ponad rok udało mi się zrzucić 13kg. Jednak z czasem pojawiła się nadmierna kontrola. Zaczęłam obsesyjnie myśleć o jedzeniu i o tym czy mój talerz jest idealnie zdrowy. Zaczęłam się codziennie ważyć, czasami nawet 2x dziennie rano i wieczorem, bo dzięki wieczornemu ważeniu byłam w stanie przewidzieć co zobaczę rano. Liczba na wadze zaczęła wpływać na mój nastrój – spadek oznaczał dobry dzień, a wzrost lub zastój całkowicie go psuł. Dodatkowo czułam się zagubiona przez natłok sprzecznych informacji w internecie. Trudnym dla mnie momentem był również powrót z wakacji i nagły wzrost wagi o 4 kg. Dziś wiem, że nie oznaczało to realnego przyrostu tkanki tłuszczowej, ale wtedy wpłynęło to na mnie bardzo silnie i ponownie zaczęłam zajadać emocje. Po kilku miesiącach zobaczyłam na wadze znowu 98 kg i pojawił się strach przed powrotem do trzycyfrowej wagi oraz poczucie bezsilności.

Przełom przyszedł dzięki wsparciu mojego męża, który natrafił na podcast Justyny Mazur „Pogadajmy o otyłości” i zachęcił mnie, żebym spróbowała go posłuchać. Początkowo bardzo się buntowałam. Nie widziałam siebie jako osoby chorującej na otyłość. Wydawało mi się, że po prostu się zaniedbałam, a choroba otyłościowa kojarzyła mi się wyłącznie z bardziej zaawansowanym stanem i operacją bariatryczną. Mimo oporu spróbowałam i już po pierwszych odcinkach miałam jedną myśl, że te historie są bardzo podobne do mojej. Zaczęłam szukać dalej. Czytałam czym jest choroba otyłościowa, jakie ma powikłania i jak ją leczyć. Przypadkiem dowiedziałam się, że jedna z moich koleżanek leczyła otyłość farmakologicznie i chętnie podzieliła się ze mną swoją historią, co po raz pierwszy pokazało mi realną możliwość zmiany.

Z czasem oficjalnie przyszła diagnoza choroby otyłościowej i choć wcześniej bardzo się jej obawiałam, przyniosła mi ulgę i nadzieję. Nazwanie tego z czym się mierzę, wskazało mi jasną drogę i dało poczucie, że w końcu mam realne wsparcie. Co najważniejsze, przestałam obwiniać i karać siebie za to, do jakiego stanu doszłam. Jednocześnie pojawiło się wiele wątpliwości. Trafiałam na opinie o „drodze na skróty” i słyszałam ostrzeżenia o działaniach niepożądanych, a bliscy, często w dobrej wierze, dzielili się swoimi obawami. Ostatecznie podjęłam decyzję, że to moje zdrowie i moje życie, a konsekwencje nieleczonej choroby otyłościowej są dla mnie znacznie poważniejsze niż potencjalne działania niepożądane leków..

Leczenie rozpoczęłam w kwietniu 2025 roku. W żadnym wypadku nie była to dla mnie droga na skróty. Leczenie dało mi fundament, ale codzienna praca nadal należała do mnie. Dbałam o sposób odżywiania, zwracalam uwagę na skład i jakość produktów, regularnie się ruszałam, pokochałam zumbę i zaczęłam chodzić na siłownię, a także starałam się zwiększać spontaniczną aktywność w ciągu dnia. To co ważne, czego długo mi brakowało, zaczęłam zgłębiać temat psychodietetyki i wpływu emocji na sposób jedzenia, a także interesować się tym, jak aktywność fizyczna wpływa na zdrowie psychiczne. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że mam siłę i motywację, żeby naprawdę o siebie zadbać.

Właśnie minął rok. Od najwyższej wagi schudłam 20 kg. To jeszcze nie koniec mojej drogi, ale dziś mam w sobie sprawczość i motywację, żeby iść dalej. Na tej drodze spotkałam specjalistów, którzy uzupełnili moją wiedzę o bardzo ważne aspekty choroby otyłościowej, a także osoby, które podzieliły się ze mną swoim doświadczeniem i do dziś wzajemnie się wspieramy. Ta droga uświadomiła mi, jak bardzo potrzebna jest rzetelna wiedza i realne wsparcie osób doświadczonych, jak cenne ono jest dla całego procesu poprawy jakości życia. Dlatego dziś wiem, że w przyszłości chcę pomagać osobom, które są w podobnym miejscu jak ja. Mam nadzieję rozwijać swoje wykształcenie psychologiczne i zostać psychodietetyczką, aby wspierać tych, którzy są w trakcie leczenia choroby otyłościowej lub dopiero podejmują tę decyzję.

Wygląd nie jest dla mnie najważniejszy – to miły dodatek. To, co naprawdę się dla mnie liczy, to zdrowie, sprawność, dobre samopoczucie i możliwość przeżywania życia w pełni, jak najdłużej i jak najlepiej, dla siebie i dla moich bliskich.

Edyta - pacjentka, Ambasadorka Fundacji.

Nigdy nie byłam osobą drobną czy szczupłą, ale przez długi czas nie traktowałam swojej wagi jako poważnego problemu. Była po prostu „częścią mnie”. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy zachorowałam na nadczynność tarczycy – wtedy gwałtownie schudłam.

Ale zaraz potem, po leczeniu i dwóch ciążach, przybyło mi bardzo dużo kilogramów. Do tego doszła stresująca praca i chroniczne zmęczenie. Moja waga powoli, ale systematycznie rosła. I chociaż nie chciałam tego widzieć, moje ciało wysyłało mi sygnały ostrzegawcze, stawałam się senna, źle się czułam, byłam zmęczona.

 

Pandemia była punktem zwrotnym. Z dnia na dzień straciłam wieloletnią pracę. Nagle zamknięta w czterech ścianach, z dziećmi na zdalnym nauczaniu, bez planu, zaczęłam coraz częściej sięgać po jedzenie by poradzić sobie z emocjami. Waga poszybowała w górę. W tamtym czasie czułam, że coś wymyka się spod kontroli i nawet jak próbowałam nad tym wszystkim zapanować, to sukcesu nie było.

 

Próbowałam wielu diet. Jedne trwały tydzień, inne miesiąc. Zawsze z tym samym rezultatem: „efekt jojo”, frustracja i złość na samą siebie.

 

Podjęłam nową, wymagającą pracę i jako mama dwóch synów nie miałam przestrzeni na to, by codziennie gotować „idealnie zdrowe” posiłki, chodzić na siłownię, czy spacerować. Żyłam w biegu, a moje zdrowie, także psychiczne, było z dnia na dzień w coraz gorszym stanie.

 

W końcu postanowiłam poprosić o profesjonalną pomoc. To był trudny krok – przyznać się, że nie dam rady sama. Trafiłam do lekarza i wtedy po raz pierwszy po wielu latach zmagania się z „nadmierną masą ciała” usłyszałam, że choruję na chorobę otyłościową i insulinooporność.
Chorobę!!!! To słowo zostało ze mną na długo. W końcu nikt mnie nie oceniał i nie obwiniał, nie mówił „musisz się bardziej postarać”, tylko potraktował moje objawy jak realny problem zdrowotny, który wymaga diagnostyki i leczenia.

 

Dziś wiem, że otyłość to nie wybór, a przewlekła choroba metaboliczna, której nie da się wyleczyć silną wolą, czy jedną dietą z internetu. To zaburzenie, które wpływa na całą gospodarkę hormonalną i metaboliczną organizmu. Insulina, grelina, leptyna – to nie są abstrakcyjne hasła, to hormony, które w moim ciele przestały działać prawidłowo.

 

Zaczęłam leczenie. Pod opieką lekarza i dietetyka krok po kroku uczę się na nowo, czym jest odżywianie, czym jest ruch – nie jako kara, ale jako troska o siebie. Całą rodziną wprowadziliśmy więcej aktywności – rowery, spacery, basen. Dzieci uczą się razem ze mną, że zdrowie to nie tylko „nie chorować”, ale dbać o siebie na co dzień.

 

Dziś wiem, że zdrowienie to proces, który zaczyna się od akceptacji. Nie oznacza to pogodzenia się z chorobą, ale uznania jej istnienia i podjęcia leczenia tak jak w przypadku każdej innej przewlekłej choroby – cukrzycy, nadciśnienia czy astmy. Nie wstydzę się już tego, że potrzebuję wsparcia. Wstydzę się tylko tego, że tyle lat żyłam w przekonaniu, że to wszystko jest „moja wina”.

 

Nie jest. I jeśli Ty też się z tym zmagasz – uwierz mi, nie jesteś sam/a. Poproś o pomoc. Bo z chorobą otyłościową nie walczy się samotnie.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.